sobota, 30 stycznia 2010

Oczekiwany, nagłaśniany. Zazwyczaj filmy wokół których jest spory szum odpychają mnie. Nie mam ochoty biec do kina, mimo, że wcześniej takową posiadałam. Na szczęście jest sesja i nie dociera do mnie za dużo. Słyszałam to i owo, ale bez szaleństwa.

Musical to specyficzny rodzaj kina. Nie każdy go lubi. Wyśpiewane historie, taneczne show nie wszystkich bawią. Mnie tak. Dlatego z przyjemnością poszłam na ten film.

Guido, reżyser w średnim wieku ma nakręcić film. Machina ruszyła. Producent wszystko załatwia. Stroję się szyją. Trwają castingi. Konferencje prasowe wypełnione po brzegi dziennikarzami. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż nasz główny bohater nie ma pomysłu na swój film. Scenariusz nie istnieje. On sam przeżywa poważny kryzys. Nie wie czego chce. Czuje się chory fizycznie i nie tylko…. Postanawia wyjechać, uciec od całego szumu wokół własnej osoby i filmu. W hotelu melduje się pod pseudonimem, choć i tak od razu zostaje rozpoznany. Miota się. Ekipa filmowa odnajduje go i postanawia mu stworzyć warunki do pracy. Tylko co z tego? W jego myślach i na ekranie przewijają się wszystkie jego kobiety życia. Każda wnosi coś innego w jego historię… Zdradzona żona Luisa Marion Cotillard), kochanka Carla ( Penelope Cruz), zjawiskowa muza Claudia (Nicole Kidman), prowokująca dziennikarka Stephanie (Kate Hudson), prostytutka Saraghina (Fergie), wierna przyjaciółka Lily (Judi Dench) oraz chyba najważniejsza kobieta w życiu każdego Włocha – matka (Sophia Loren)… Wszystko to w pięknej oprawie muzycznej i tanecznej.

Dużym minusem według mnie jest język. Gdy akcja filmu toczy się we Włoszech, najlepiej odczułoby się atmosferę filmu z rodowitą mową. Język angielski zepsuł mi odbieranie tego widowiska. Zbyt amerykańskie. . wiem, że to ich produkcja, ale widziałabym takie historie w innej oprawie.

Refleksja nasuwająca się po wyjściu z kina jest oczywista. Nikt nic za nas nie zrobi. Za wszystko jesteśmy od początku do końca odpowiedzialni. Jeśli samemu sobie nie pomożemy, to nikt nam nie pomoże. Nie warto czasem na siłę podejmować się różnych zadań, tylko dlatego, że czegoś oczekują od nas inni.

Cieszę się, że na nim byłam. Stosunkowo rzadko pojawiają się takie gatunki filmowe w kinach. Starałam się nie porównywać do ukochanego Chicago, szukać podobieństw i różnic. Z kina wyszłam zadowolona, lecz szału nie ma…

plakat ze strony: www.stopklatka.pl

środa, 27 stycznia 2010

Na gorsze nastroje i niepokoje najlepsze są spotkania z bliskimi nam ludźmi. Choć to oni (ogólnie ludzie bliscy i mniej) często są sprawcami dołków, dołów... Ostatnio trochę się pogubiłam w relacjach, sama już nie wiem czego chcę. Z jednej strony upodobałam sobie samotność, a z drugiej jednak garnę się do towarzystwa... I jak tu siebie zrozumieć? Ciężko utrzymywać znajomości przelotnym kontaktem. Co innego z przyjaźniami, wtedy jest możliwe co jakiś czas wycofanie... Nie trzeba wszystkiego tłumaczyć słowami. Wystarczą gesty, nastrój, humory... Eh, nie od dziś wiadomo, że nie wszystko da się prosty sposób poukładać.

Wieczorem spotkanie z kochanymi kobietkami – K. i E.. Sącząc dobre winko, gadając o rzeczach ważnych i błahych liczę na mile spędzony czas. Nauka do drugiego egzaminu dopiero się rozkręca, więc mogę sobie pozwolić na głębszy oddech.

Jutro wybieram się z Mamą na „Nine”. Trochę obawiam się rozczarowania, film jest jak dla mnie zbyt mocno nagłośniony. Zobaczymy jutro...

Tak poza tym, to tęsknię już za powiewem ciepłego, wiosennego wiatru... Tak, tak napisała wielka fanka zimy!

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Czas zacząć przygotowania do sesji. Wszystko inne już pozaliczałam. Pozostała mi jeszcze jedna analiza do zrobienia na laborce z chemii leków i semestr można uznać za zakończony. Łatwo nie było. Wyjątkowe nagromadzenie materiałów, kolokwiów - 18 ! A z drugiej strony wreszcie pojawiły się przedmioty ściśle związane z moim kierunkiem. Od razu inaczej się nad tym siedziało. Przede mną niby tylko dwa egzaminy : biochemia i farmakognozja. Jednak to potężne kobyłki, dlatego wskazana pełna mobilizacja. Czas odłożyć inne sprawy na bok i uporać się z pierwszym semestrem. Jeśli się uda zdać oba w p[ierwszych terminach, to będą ferie, także jest o co się starać!

sobota, 16 stycznia 2010

Opis z okładki

Łączy je przyjaźń. A może tylko tajemnica z przeszłości i poczucie winy?

Karolina – córka ubeka, dziennikarka.

Beata – wnuczka bogatych dziadków, żona biznesmena.

Gośka – córka badylarza, dziś szczęśliwa żona i matka.

Znają się od czwartej klasy podstawówki, razem dorastały.

Przeszłość je naznaczyła i wciąż rzuca cień na ich dorosłe życie. Kiedy ich dawny sekret może wyjść na jaw, wracają wspomnienia...

Historia dorastania i dziewczęcej przyjaźni – przyjaźni „na śmierć i życie”, choć niełatwej, pełnej konfliktów i rywalizacji.

Opowieść o kobietach z poplątanymi życiorysami i bliznami, jakie zostawiło życie. Prawdziwa, ale i bolesna. Poruszająca.

Akcja książki toczy się w latach 80-tych. Nie są to czasy mi znane. Autorka w wyraźny, szczery sposób nakreśliła wizerunek tamtejszego życia. Bez owijania w bawełnę, upiększania przedstawiła życie w Polsce. Ostatnio lubię czytać książki, gdzie poza fabułą liczy się miejsce powieści. Mogę dowiedzieć się czegoś nowego. Może w ten sposób nadrobię choć trochę braki z historii?

Życie Karoliny, Beaty i Gośki jest pokazane w świetle dorastających nastolatek oraz przeplatane z teraźniejszością. Można dostrzec jak relacje rodzinne, przyjaźnie dziecięce mają wpływ na dorosłe losy tych kobiet... Nie da się uciec od pochodzenia, od wzorców wyniesionych z domu... Choć nie raz próbujemy od nich uciec...

Element tajemnicy, przykrego zdarzenia z przeszłości przewija się cały czas. Po kolei są odkrywane jego przyczyny, by na końcu dojść do sedna. Podobało mi się to, iż pisarka nie mówiła wszystkiego wprost. Obecne niedopowiedzenie sprawiały, że chciało się czytać dalej... Dała szansę czytelnikowi na własne domysły.

środa, 13 stycznia 2010

Podczas przeglądania rzeczy przy przeprowadzce trafiłam na niego:

Czerwienią z błyszczącymi lusterkami przypomniał się. Oj, dawno go nie widziałam... Na jednym z żeglarskich obozów poznałam A.. Zaprzyjaźniłyśmy się. Okazało się, że parę lat wcześniej wyjechała z rodzicami do Norwegii, ale wakacje zawsze spędzała w Polsce. Co roku spotykałyśmy na tego typu wyjazdach. W między czasie dużo korespondowałyśmy. Listy potrafiły przychodzić dwa razy w miesiącu. Nie korzystałam wówczas za wiele z Internetu. Bodajże z okazji urodzin dostałam ten notatnik. Pamiętam ten zachwyt, zupełnie coś innego. Musiał być przeznaczony na coś specjalnego. Zaczęłam swój pierwszy pamiętnik. Miałam koło 13-stu lat.

Na kartach zapisane wydarzenia, problemy ludzie, którzy byli wtedy ważni. Stare bilety komunikacji miejskiej – jak było tanio! Wklejone recenzje, bilety wstępu do kin. Karnety narciarskie. Zdjęcia. Listy, wpisy od koleżanek. Wszystko jakby już mnie nie dotyczyło, a z drugiej strony jakby niedawno toczyło się w moim życiu... Dziwne uczucie. Nie kwestionuje tu poruszanych przeze mnie kłopotów, złych nastrojów. Wydają się takie infantylne w porównaniu z teraźniejszością. Wiadomo, że wtedy patrzyłam, myślałam innymi kategoriami. Potem był jeszcze jeden zeszyt, aktualnie nie wiem gdzie. Na tym się urywają zapiski. Później prowadziłam tylko tzw. dzienniki podróży. Nie miało to już tak osobistego charakteru.

A jak było u Was?

niedziela, 10 stycznia 2010

Nocne, zimowe spacery nie muszą być przerażające i zimne. Rzeczywistość się rozjaśnia dzięki wszechogarniającej bieli... Dokoła gładko i bajkowo. Pod butami skrzypi śnieg. A cisza ukaja nerwy i wprowadza w tajemniczy, dobry nastrój. Ita dziecięca radość z białej krainy...

Lubię takie nieprzewidywane powroty do domu...

środa, 06 stycznia 2010

Ciężki jest powrót na uczelnię po przerwie. Szczególnie, gdy już w pierwszym tygodniu mnóstwo do nauki... Po odpoczynku mózg paradoksalnie nie wchłania szybko wiedzy. Przyswajanie nowych rzeczy idzie mi opornie. Nie wiem gdzie podziała się moja motywacja? zapał? Przecież studia wybrałam świadomie i interesują mnie. Mam ochotę zasnąć w długi zimowy sen - choć zimę bardzo lubię... Najzwyczajniej w świecie nie chce mi się uczyć. Totalna blokada. Niestety nie mam wyjścia. Ostatnie dwa tygodnie semestru, to nie jest czas na odpuszczanie. Zaraz potem sesja. W tym roku dwa ciężkie egzaminy. Najbardziej denerwujące jest to , że nieczęsto wiedza ma decydujące znacznie o zdaniu bądź ocenie. Na mojej uczelni te dwie rzeczy rzadko idą w parze. Często jesteśmy oceniami wegług, znanego tylko prowadzącym, widzimisie. Rzetelna ocena pojawia się na pojedyńczych przedmiotach. Nie mówię tu o samym zdaniu, lecz o ocenach. Zależy mi na nich z prozaicznego powodu - finansów, które sprawią, że byłoby mi łatwiej. Muszę wydobyć siły z głębi siebie i mimo wszystko iść do przodu...

niedziela, 03 stycznia 2010

Wróciliśmy. Wyjazd możemy zaliczyć do udanych mimo różnych perypetii. Całość pozytywna i przyejmna. Spędziliśmy blisko tydzień w Szczyrku z moimi rodzicami i siostrą G.. Trafił nam się przyjemny i skromny pensjonat z sympatycznymi i niewścibskimi właścicielami. nie lubię gdy ich obecność jest zbyt widoczna.

Szczyrk przywitał nas niestety mało zimową aurą. Góry jedynie lekko przypruszone... Ujemna temperatura umożliwiała sztuczne naśnieżanie niektórych stoków. Trzeba przyznać, że jest tu naprawdę spory ośrodek narciarski. Trasy zjazdowe są długie i urozmaicone polanami, bacówkami. Niewątpliwa zaleta to przepiękne widoki na beskidy... Wyciągi są przede wszytkim orczykowe, krzesło jedno - dwuetapowe. Przyczynia się to do dość niskich ceny karnetów. Jest w czym wybierać, gdyż w sąsiedztwie możemy odnaleźć inne ośrodki w Wiśle czy Korbielowie. Dlatego dla nas-narciaży malutka ilość śniegu była rozczarowująca. Jeździliśmy w zadadzie na dwóch trasach w tak zwanym Solisku. Dopiero w ostatni dzień, kiedy wracaliśmy już do domu zima na dobre się rozpoczęła. Śnieg sypał niesamowicie! Z żalem opuszczaliśmy tę malowniczą miejscowość...

Przyszło mi sprawdzić tamtejszą służbę zrowia. Alergia z astmą na tyle się nasiliła, że musiałam skorzystać z pomocy lekarskiej. I tu miłe zaskoczenie. Panie w rejestracji miłe i uczynne, szybko zorganizowały konsultację. Lekarz przyjemny, reczowy i spokojny. Wzmocnione wziewy uwolniły mnie od duszności. Mogłam wrócić do przyjemnej części wyjazdu.

Nie ma te złego, co by na dobre nie wyszło. Nie załamaliśmy się brakiem narciarskiej aury i postanowiliśmy pochodzić po okolicznych górach. Dzięki odwilży byłó możliwe dotarcie nawet do wyższych szczytów. Zachwyciłam się tą okolicą. Szlaki łagodne, biegnące wśród zmieniających się lasów... Dotarliśmy do trzech schronisk z prawdziwego zdarzenia, pozbawionych komercji i zblazowanych pseudoturystów. A z pianinem i kominkiem w jadalni. Do tego wątku jeszcze wrócę...

Online Casino
statystyka