czwartek, 27 stycznia 2011

No i znów wspomnieniami wróciłam na gorącą Ukrainę... To były naprawdę wspaniałe wakacje, zupełnie inne od pozostałych. Okryliśmy nowy dla nas sposób podróżowania. Myślę że kiedyś jeszcze w te rejony wrócimy... Dziś czuję się taka zmęczona. Za mną pierwszy egzamin w sesji. Najbardziej mi na nim zależy. Wyniki we wtorek, zobaczymy. Mocna kawa i trzeba zacząć się przygotowywać do następnego. Zanim to jednak nastąpi, ruszam dalej z krymskimi opowieściami...

Ostatnio zatrzymałam się na Lwowie - 1, 2, 3. Tak, tak było to dawno temu. To miasto stanowiło taki przystanek, łącznik przed głównym celem naszych wakacji – Krymem.

Trzeba się jednak trochę cofnąć w czasie. Gdy szukaliśmy możliwych najlepszych połączeń, pomocny oczywiście okazał się internet - jakby ktoś potrzebował, to chętnie podam linki do stron, z których korzystałam. O bilety na pociąg relacji Lwów-Symferopol trzeba postarać się ze sporym wyprzedzeniem. Na 44 dni wcześniej można go kupić poprzez stronę internetową. Cena jest korzystna, prowizja pobierana niewielka. A miejsca w pociągu pewne i takie, jakie sami wybierzemy. To ważne, w końcu sama podróż trwa 25 godzin. Za bilet płaci się przelewem, a potem odbiera się już w kasie we Lwowie. Wszystko jest napisane w cyrylicy, google tłumacz świetnie pomaga!

My wybraliśmy klasę plackarta . To właściwie także wagon sypialny, ale bez ścian oddzielających. Pod miejscem do spania umieszcza się bagaże, także są bezpieczne. Po prostu na nich leżeliśmy. Każdy otrzymał od prowadnika (opiekun wagonu – dba o nasze bezpieczeństwo, porządek, przyrządzi kawę czy herbatę) zafoliowany zestaw z wykrochmaloną pościelą. Były oczywiście do wyboru inne klasy: kupe (przedziały 4-osobowe z klimatyzacją) i wersja lux (przedziały 2-osobowe z klimatyzacją). Każdy znajdzie coś dla siebie. Oczywiście, ta wybrana przez nas jest wersją najtańszą. Plusem jest możliwość poznania innych ludzi, czas dłużył się momentami niemiłosiernie. W końcu zaczynasz kimś rozmawiać, niezależnie od stopnia komunikatywności w danym języku. W ten sposób trasa minęła nam bardzo pozytywnie, w naszym „obszarze” siedziały jeszcze dwie młode Ukrainki. Staraliśmy się dogadać, poznać trochę swoje kraje. Mimo, iż ja zupełnie nie znałam języka, a Z. tylko podstawy. Rozmówki polsko-ukraińskie bardzo się przydały. Z każdą chwilą szło nam lepiej. Nasze towarzyszki podróży okazały się bardzo życzliwymi osobami. :))

Nasz pociąg na lwoskim dworcu.

Jego osobliwe wnętrze ;)

Dwa razy w ciągu podróży pociąg zatrzymywał się na dłużej – 15-20 minut. Można było wyjść na zewnątrz, odetchnąć świeżym powietrzem. Oj, tego nam trzeba było! Lato było gorące... Na peronie czekały na nas słynne Babuszki z domowymi wypiekami, suszonymi rybami, owocami i wodą. Sprzedawały swoje towary podróżnym za parę hrywien. Zaopatrzyliśmy się w pyszne drożdżówki! Również handlujących dzieci nie brakowało. Jedni nawet poprosili o zdjęcie.

Coś, co mnie na Ukrainie zaskoczyło, to stan dworców kolejowych. Jest to zdumienie mocno na plus. Właściwie, wszystkie, które mi było dane odwiedzić, sprawiały wrażenie schludnych, zadbanych, odnowionych. Przynajmniej ja na takie trafiałam. No może poza stanem toalet, ale o tym nawet wolę nie myśleć. To jest na pewno duża bolączka tego kraju.

Dworzec we Lwowie

Dworzec w Bakczysaraju

Dworzec w Symferopolu

W Symferopolu panował gwar, wakacyjna atmosfera. Trochę zmęczeni, zdezorientowani zaczęliśmy szukać połączenia do Bakczysaraju - naszej pierwszej bazy wypadowej. Tu znów nie zabrakło ludzkiej życzliwości, która towarzyszyła przez cały wyjazd...

 

poniedziałek, 17 stycznia 2011

To był taki słoneczny dzień, już od rana pomuskana promieniami jabky wiosennego słońca, miałam dobry humor :)) . Tak, tak zima pewnie jeszcze pokaże swoje oblicze. Może być. Na narty chętnie jeszcze wyskoczę. Jednak taki przyjemny czas przydał się bardzo. Doładował akumulator. Na myśl przychodzi ta piosenka.


sobota, 15 stycznia 2011

Barcelona, lata osiemdziesiąte XX wieku. Oscar Drai, zauroczony atmosferą podupadających secesyjnych pałacyków otaczających jego szkołę z internatem, śni swoje sny na jawie. Pewnego dnia spotyka Marinę, która od pierwszej chwili wydaje mu się nie mniej fascynująca niż sekrety dawnej Barcelony. Śledząc zagadkową damę w czerni, odwiedzająca co miesiąc bezimienny nagrobek na cmentarzu dzielnicy Sarriá, Oscar i jego przyjaciółka poznają zapomnianą od lat historię rodem z Frankensteina i XIX-wiecznych thrillerów. Historię, której dramatyczny finał ma się dopiero rozegrać...

Kolejne spotkanie z Zafonem. Za mną już "Cień wiatru"  i "Gra anioła". Sama nie wiem co mam myśleć o tej książce... Są we mnie sprzeczne emocje. Znów mamy do czynienia z mroczną Barceloną: ciemne zaułki, stare kamienice, plątanina pustych ulic, zaniedbane i straszące ogrody... To jedna z pierwszych książek autora, napisana z myślą o młodzieży (o tym nie wiedziałam czytając). Tym razem historia jest mniej skomplikowana wątkowo.

Poznajemy Oscara, który wraca wspomnieniami do lat szkolnych... Przechadzając się ulicami Barcelony trafia na stary dom, nie wiadomo dlaczego wchodzi do niego. To początek całej historii. Spotyka tytułową Marinę. Razem spędzają dużo czasu ze sobą, rodzi się przyjaźń, która przeradza się w głębsze uczucie. Na cmentarzu napotykają damę w czerni, która odwiedza bezimienny grób. Po raz pierwszy pojawia się symbol czarnego motyla... Wpadają na trop historii o burzliwej miłości, podziemiach Barcelony, zbrodni i ucieczce przed śmiercią. Nie mogą się, a raczej nie chcą od niej uwolnić... Wydarzenia tamtych dni na zawsze zostaną w głowie...

Autor powoli dozuje, odkrywa losy głównych bohaterów: Mariny i jej ojca Germana. Ciągle miałam wrażenie, że są oni z innego świata... Czy rzeczywiście tak jest, sami się przekonacie:).

Świat podziemi, kanałów i potowórów miejscami był dla mnie zbyt paskudny. Dlatego gdzieś w połowie miałam lekko dość tej skiążki. Nie do końca podobała mi się, rzeczywistość wykreowana przez autora. Oczywiście to tylko moje zdanie. Jednak w miarę rozwoju akcji, czytałam coraz z mocniej otwartymi oczami. Ba, nawet pod koniec się wzruszyłam...

Zafon pisze w specyficzny sposób, ja lubię jego styl. Trzeba mieć świadomość, że książka jest skonstruowana podobnie jak następne. Barcelona jest przedstawiona w taki sam sposób, dlatego nie ma nic nowego.

Online Casino
statystyka