czwartek, 24 stycznia 2013

Patrząc na tytuł mojego posta, uśmiech pojawia się na mojej twarzy. Ja i bieganie?! A do tego wszystko Pani Zima. Śmiech na sali. Nigdy nie byłam fanką biegania, o nie. To męczące, mam astmę. No nie, to nie dla mnie.

Pierw jesień, potem zima. Nic odkrywczego. Z domu się wychodzić nie chce. Tym razem miałam ochotę przerwać ogólny marazm i niemoc ciemniejszych pór roku.  Kondycha maleje. A tego to już bardzo nie lubię. Ponoć dla chcącego nic trudnego. Opcją na pewno są wszelkiego rodzaju fitnesy. Nie raz uczęszczałam na takie zajęcia. Jednak teraz coś czułam, że potrzebuję czegoś innego...

Tak się narodziła myśl, by założyć odpowiedni strój i biegać. Mimo wszystko. Po drodze udało się odbyć parę mądrych rozmów. Okazało się, że miałam totalnie mylne pojęcie, jak dobrze rozpocząć treningi. Przede wszystkim powoli. To ma być truchcik. Tempo umożliwiające rozmawianie i swobodne oddychanie. Druga kwestia, to czas. Już 10 minut, co drugi dzień przynosi efekty. Tak, to działa:). Sama teraz czuję, że wydolność się zwiększa. Po takiej eskapadzie przybywa sił i humoru. Nie ma lepszej motywacji! :)

Polecam ciekawy cykl artykułów gazety Polskabiega.sport.pl. :))

piątek, 11 stycznia 2013

Co to czumy? Kim są Ewenkowie? I dlaczego renifery nie są już potęgą tego ludu?

Andrzej Dybczak swoim reporterskim okiem zabiera nas na południową Syberię. Toczy nieśpieszną opowieść życia codziennego...

Tajga to las. Las to tajga. Szumiący, gęsty, zielony i deszczowy... Andrzej Dybczak ze sprawnością opisuje w realistyczny sposób morze drzew. To przychodzi mi do głowy, gdy myślę o tej książce. Zamykam oczy i bez problemu przenoszę się w syberyjskie krajobrazy. Do tego deszcz, rzęsisty i nie mający końca...

Głównymi bohaterami są Tatiana, Dymitr, Maksim i Sułtan, merdający ogonem. Żyją w tajdze. Ich dom to czum. I tu opowieść się zaczyna... Koczowniczy lud Enweków jest w zasadzie na wymarciu. Niewielu chce żyć w lesie, w brezentowym namiocie i trudnić się hodowlą reniferów. Przyszła cywilizacja, która miała wiele do zaoferowania, w tym wódkę. Co skusiło wielu. Potrafiła zabrać nie jedno stado reniferów.
Ich życie jest proste. Kręci się wokół przyrody. To ona nadaje ton. Miejsce jednoczące to niewątpliwie ognisko. Daje ciepło i umożliwia gotowanie skromnych potraw. To przy nim toczą się najciekawsze rozmowy, dzięki którym poznajemy Enweków. Co raz smutniejsze te opowieści.

Autor nie skupia się na historycznych faktach. Niewątpliwie na pierwszym miejscu jest człowiek. To jemu poświęca całą swoją uwagę. Gesty, myśli, sny... Nie ujmuje to jednak książce, jako reportażowi. Obrazowy i realistyczny język pomaga odbierać właściwe wrażenia.

Z przyjemnością wybrałam się w podróż z Andrzejem Dybczakiem, choć niejednokrotnie smuciła. Taka jest rzeczywistość. A reportaż  ma ją pokazać. Tu rola została spełniona. Dzięki niemu choć trochę poznałam co raz mniej liczniejszy lud Enweków.

 

sobota, 05 stycznia 2013

Mamy styczeń, czyli teoretycznie srogą zimę. A tu jesienna aura i choć mieliśmy odpocząć na leniwo w domu, wybraliśmy się z przyjaciółmi w okolice Milicza. Znajdziemy tam park krajobrazowy Dolina Baryczy. Miejsce urokliwe,nie raz przeze mnie odwiedzane. Wspominałam o nim tu. O tej porze roku nie jest licznie odwiedzane. Mogliśmy cudnie odpocząć. Las bardziej jesienny, niż zimowy. Raz drogę przebiegły nam trzy sarny... Nic dodawać nie trzeba.

Od jakiegoś czasu słyszałam, o planowanej budowie ścieżki rowerowej trasą dawnej kolejki wąskotorowej. Okazało się, że trasa już istnieje i ma się bardzo dobrze. Już nie mogę się doczekać ciepłych dni, by ją wypróbować. :)) Co prawda ma tylko 20 km, ale w okolicy jest mnóstwo innych wytyczonych szlaków. Bez problemu można zapełnić cały dzień na jednośladzie. Dobrze, że coś się dzieje w regionie.

Ten znak zakazu wjazdu na tereny hodowlane stawów mnie rozbawił. Prawda, że sympatyczny? ;)

 

Tagi: Polska
20:01, gusiook , wyjazdowo
Link Komentarze (9) »
czwartek, 03 stycznia 2013

W tym roku pierwszy raz od dzieciństwa spędziłam święta poza domem. W mniejszym, rodzinnym gronie wyjechaliśmy w góry. Czyli do miejsca, gdzie bardzo dobrze się czujemy. Trochę inaczej:)). Więcej czasu na gadu, gadu...mniej na przysłowiowe latanie ze szmatą :p. Aury zimowej raczej nie było. Choć udało się pośmigać na nartach po sztucznie dośnieżonym stoku.

Okołosylwestrowe szaleństwa spędziliśmy w wesołym zgonie znajomych w Beskidzie Śląskim. Tym razem bardziej wędrówkowo, niż narciarsko. Co raz bardziej przekonuję do chodzenia po górach zimą. Na szczęście trochę mrozu i śniegu było. Jakoś tak dziwnie witać Nowy Rok w wiosennych nastrojach.

Góry to jest to, co zdecydowanie lubię najbardziej. Tylko one pozwalają mi naprawdę odpocząć.  O każdej porze roku czuję się tam dobrze...

Nowy 2013 został przeze mnie rozpoczęty z pozytywnym nastawieniem, a do tego w promykach górskiego słońca :) !

Online Casino
statystyka