sobota, 13 lutego 2010

Szyndzielnia(1117) to szczyt w paśmie Klimczoka w Beskidzie Śląskim. Wiedzie na nią sześć szlaków, przede wszystkim z Bielska-Białej. Wynika stąd popularność tego szczytu w tamtych okolicach. Można się też dostać kolejką gondolową, która kiedyś wyglądała tak:

A teraz:

Zdecydowaliśmy się na przejażdżkę. Przede wszystkim ze względu na moją astmę, która na tym wyjeździe dała mi trochę popalić. Kondycja od razu spadła. Poza tym dzień krótki i w górach nie ma żartów. Z okienek gondoli roztaczał się piękny widok, mimo szarego, ponurego dnia. Od górnej stacji do schroniska Szyndzielnia nie idzie się długo, w lecie zajmuje to koło 20-stu minut. Śniegu nie było dużo. Jednak oblodzone kamienie i spora wilgoć zrobiły swoje. Trzeba było iść powoli i ostrożnie. Pojawiła się mgła, która sprawiła, że nic nie było widać. Szary, kamienny budynek wyłonił się nagle. Po charakterystycznej wieżyczce można od razu rozpoznać właściwy.

18 lipca 2007 przypadła 110 rocznica otwarcia schroniska na Szyndzielni. Wybudował je bielski oddział niemieckiej organizacji Beskidenverin. Wzniesiony z miejscowego kamienia o powierzchni 350m2, posiadał 25-metrową wieżę – tu mieściła się stacja meteorologiczna. . Już wtedy były tu: winiarnia, spiżarnia, toaleta, pomieszczenia gospodarcze i typowo turystyczne oraz stacja telefoniczna. Dzięki niej schronisko posiadało łączność z centralą w Bielsku. Bez problemu nadawano telegramy! Pomieszczenia ogrzewano piecami kaflowymi. W 1906 na tyłach schroniska powstało alpinarium, które znacznie upiększyło otoczenie. Podobno mogliśmy w nim odnaleźć wiele gatunków tj.: iglaki, drzewa liściaste oraz liczne kwiaty: pierwiosnki, zawilce, szarotki, foksy, kukliki, dzwonki, goździki, naradki… Ze względu na aurę pogodową nie było mi dane je zobaczyć. Trzeba nadrobić w lecie! W okresie międzywojennym rozbudowano je – powstała wówczas słynna weranda z widokiem na Tatry, doprowadzono też wodociąg… W czasie wojny zniszczeniu uległ dach z wieżyczką. W 1945 roku przejął je bielski oddział PTT. Popularność jego jeszcze wzrosła, gdy postawiono kolej liniową. Oczywiście w między czasie pożar strawił część budynku, lecz szybko naprawiono straty. Schronisko na Szyndzielni jest najstarszym istniejącym tego typu obiektem w Beskidach. Kiedyś wyglądało tak:

                    Rok wydania pocztówki: 1912

       Rok  wydania pocztówki: 1918 ogródek alpejski;    Zdjęcia ze strony: http://www.beskidia.pl/

W środku zachował się dawny urok typowo schroniskowych bufetów, jadalni. Dużo stołów, w kącie pianino a ścianach różne malowidła przedstawiające górali. Brak tu komercji, która co raz częściej dotyka takie miejsca. Najczęściej chyba w Karkonoszach, z tego co zdążyłam zauważyć. Tu czas jakby się zatrzymał…

Po ciepłej herbacie, ziąb był straszny, ruszyliśmy w stronę Klimczoka... O tym już kiedy indziej.

piątek, 12 lutego 2010

Jak dobrze poczuć tę wolność, ten brak obowiązków i tykającego w głowie MUSZĘ. Nie szkodzi, że ten czas krótki, ale jest. I to jest najważniejsze. Rozkoszuję się lenistwem, długimi porankami z herbatą, potem kawą. Nie muszę zaglądać nauczelniane forum, czy do skryptów, notatek. Niby nic, a jednak. Doceniam to dopiero po ciężkiej harówce, jaką zafundował mi ostatni semestr.

Wreszcie czas na towarzyskie spotaknia. Takie bez pośpiechu, z rozmowami o wakacjach (tak, tak już teraz!) a czasem o niczym istotnym. Miło spotkać dawnych znajomych, na których niestety nie miałam czasu przez ostatnie miesiące. Jedynie Z., przyjaciele  no i ludzie z grupy mieli do mnie dostęp. Taka jest przykra rzeczywistość. Otuchy i normalności daje mi również blogowy świat. Wystarczy się zalogować. Da się ukraść chwilkę w nawale zadań do wykonania.

Spędziłam miłe przedpołudnie w herbaciarni z M.. Przy zielonej, a później owocowej herbacie dobrze nam się gawędziło. Mimo długiego czasu niewidzenia się, miałyśmy o czym rozmawiać. Tego się najczęściej obawiam, przy takiej częstotliwości spotkań. Miło się rozczarowałam.

Potem wstąpiłam do Świata książki, moja babcia, która ma tam kartę ostatnio nic nie kupiła. Teraz z nogą w gipsie jest to niemożliwe. Co jakiś czas i ja tam kupuję. Tym razem wybór padł na książkę Marcina Jamkowskiego "Duchy z głębin Bałtyku STEUBEN, GUSTLOFF, GOYA ". Ze względu na moje ostatnim czasem zainteresowanie morzem pod różnymi kątami, bardzo się ucieszyłam widząc tę pozycję w księgarni. Książka napisana przez dziennikarza, badacza, podróżnika. Jak podaje Wikipedia: w latach 2002-2006. związany z "National Geographic Polska". Początkowo był zastępcą redaktora naczelnego, a w 2005 r. został redaktorem naczelnym miesięcznika. Kierował też polską edycją dwumiesięcznika "National Geographic Traveler". Pod koniec 2006 r. zrezygnował ze sprawowania tych funkcji. Od lutego 2007 r. jest dziennikarzem niezależnym, współpracującym m.in. z "National Geographic Polska", "Focusem", "Gazetą Wyborczą" i "Newsweekiem". Wracając do domu zaczęłam już ją czytać. Prawie przegapiłam swój przystanek, w ostataniej chwili wybiegłam z tramwaju. Jest napisana, z tego co zauważyłam do tej pory, żywym, energicznym i reporterskim językiem. Myślę, że po kolei będziemy się dowadywać o "bałtyckich Titanicach", gdzie zginęło bardzo dużo ludzi. Również pojawia się opis samej ekspedycji, poszukiwania wraków na dnie morza... Książka już mnie wciągnęła. Poza tym zawiera sporo fotografii: kroniki z tamtych lat, obecne zdjęcia statków oraz zapis wyprawy poszukiwawczej. Jestem ciekawa swoich wrażeń po przeczytaniu całości... Już chyba wiem, jak spędzę wieczór:).

wtorek, 09 lutego 2010

Potrzebna była chwila i dziesięć osób zdecydowało się na wypad w góry. Dawno nie było takiej jednomyślności i determinacji. Chwila na pakowanie i ruszyliśmy w drogę, kotlina Kłodzka na nas czekała z otwartymi ramionami. Stoki pieknie przygotowane, no i przede wszystkim nasze dobre nastroje. Każdy chciał już odpocząć po sesji. Co prawda wciąż nie znając wyniku egzaminu. Rozmowy farmaceutyczne były zakazane, choć parę razy i tak nawijaliśmy o naszych kujońskich studiach.

A śniegu było tyle:

A tu panienki-sosenki w zimowych sukienkach:D

W tej bajkowej krainie przez ostatanie trzy dni było nam cudnie. To nic, że snu niewiele. Szusy na stokach, odpoczynki w barach, a wieczorami długie rozmowy przy winie i różniste gry!:)

***

Sesja oficjalnie za mną, 2:0 dla mnie!!!:))

sobota, 06 lutego 2010

„Dziewice do boju” to dalsze losy bohaterek „Mało Używanych Dziewic” Moniki Szwaji. Pomijam sam tytuł, który mi nie przypadł do gustu. Sięgnęłam po nie, ze względu na poprzednie książki tej autorki. Pisze ona specyficznie, raczej prostym, nieskomplikowanym językiem. Sporo powtórzeń, czy potocznych zwrotów. Wyżyny literackie to na pewno nie są. Lecz, czy zawsze ich szukamy w lekturze? Po potężnym wysiłku intelektualnym na studiach lubię dopaść coś lekkiego, prostego i przede wszystkim pozytywnego. Najlepiej, by nadawało się do czytania w tramwaju, czy autobusie. Gdzie jak wiadomo ciężko o dobrą koncentrację.

Cztery przyjaciółki z lat szkolnych założyły klub Mało Używanych Dziewic z zamiarem czynienia rzeczy pożytecznych dla innych. To kobiety inteligentne, sympatyczne i - choć po przejściach - wciąż pozytywnie nastawione do życia. Co mi się najbardziej podobało w nich. Dookoła przecież tyle narzekactwa! Są na każde swoje zawołanie, mogą na siebie liczyć w trudnych chwilach. Choć nie tylko, stałe spotkania w jazzowej knajpce towarzyszą im na co dzień. Różne zdarzenia, perypetie są czasem przewidywalne do bólu. To fakt. Mimo to książkę wspominam dobrze. Wychodząc z tramwaju po długiej jeździe towarzyszył mi dobry humor i nastrój. Nie raz szczerze się uśmiałam z zabawnych historii. I to przecież chodzi w czytaniu. Poza tym opisany zlot żaglowców, był bliski memu sercu. Rejs na jednym z nich, to moje wakacyjne marzenie. Cieszę się że mogłam chwile pobyć w tym klimacie. To jedno z ciekawych tzw. zdarzeń w tle...

Książka niezła, oczywiście w swojej kategorii.

Online Casino
statystyka