poniedziałek, 30 listopada 2009

Gdy wybieraliśmy kierunek naszej podróży poślubnej, początkowo była to Kreta. Jak już wcześniej pisałam jadąc w nowe miejsce, lubię przeczytać (prócz przewodników) powieść z akcją rozgrywającą się w danych rejonach. Przyjemnie jest później odnajdywać miejsca, gdzie rozgrywały się losy bohaterów. Tak dotarłam do "Wyspy" Hislop. Co prawda zmieniliśmy kierunek wyprawy na Korfu, a książkę przeczytałam dopiero po powrocie. Nie żałuję. Bardzo mi się podobała, szczególnie, że trafiłam na nią przypadkiem. Lubię takie niespodziewane odkrycia.

Alexis niewiele wie o przeszłości swojej matki Soffi. Znane jest jej jedynie, że zanim zawitała w Londynie, wychowywała się w małej mieścinie na Krecie - Place. Pewnego razu decyduje wyjawić córce prawdę. Nie robi tego osobiście. Przekazuje list bliskiej z lat dzieciństwa- Fotini, aby ta opowiedziała całą historię... Alexis docierając na miejsce zauważa mała, skalistą wyspę -SPINALOGĘ- nieopodal Plaki... Kojarzoną przede wszystkim z trądem... I tu niezwykła historia się zaczyna... Akcja powieści toczy się w latach 40-50-tych, a więc burzliwych z punktu widzenia historii.

Nie chcę zdradzać szczegółów, ale książka jest niewątpliwie wciągająca. Zawiłości rodzinne, miłosne, społeczne przewijają się na kolejnych kartkach... Momentami zbyt romansidłowa i przwidywalna, lecz całość sprawia, że czyta się jednych tchem. Pięknie opisana ta część Krety - jej mentalnośc, życie w tamtych czasach i tajemnicza Spinaloga. Przyznam, że wcześniej za wiele o niej nie wiedziałam. Poza tym uzupełniłam sobie historię tych rejonów. Natchnęło mnie, aby przejrzeć dzieje Grecji. A dodam, że za historią w szkole nie przepadałam. Dodatkowym miłym akcentem były wprowadzone w książce zwory w języku greckim. Zupełnie podstawowe formy grzecznościowe przypomniały mi o naszym, niespełna dwa miesiące temu, pobycie na Korfu. Przypuszczam, że obie wyspy znacznie różnią się między sobą, ale grecka atmosfera panuje wszędzie!

Spinaloga...

***

zdjęcie pochodzi z http://www.crete-kreta.com/files/u2/SpinalongaIslet.jpg

czwartek, 26 listopada 2009

Własne "M" stało się realne,

przyszła pozytywna decyzja z banku

Kropka

Mam nadzieję, że już więcej stresów w tym temacie nie będzie i w styczniu zamieszkamy na swoich "Śmieciach". Póki co wielka radość:))

wtorek, 24 listopada 2009

Wrocławianie gdy nadchodzi wolny i ładny dzień chętnie jeżdżą do oddalonego o ok. 30 kilometrów Ślężańskiego parku krajobrazowego. Głównym punktem jest góra Ślęża(718 m n.p.m.) i Radunia(573 m n.p.m.). Te niewysokie górki pozwalają odpocząć od dużego miasta... Dookoła mnóstwo lasów, łąk... Minusem jest spora ilość ludzi, ale właściwie mnie to nie dziwi. Można znależć szlaki, gdzie natężenie jest mniejsze.

Skorzystaliśmy z wolnej i słonecznej niedzieli, wybraliśmy się na małą wycieczkę :). Z Wrocławia kursuje dużo autobusów i już za 5 zł można w ok. 50 minut dostać się na przełęcz Tąpadło. Żółtym szlakiem wyruszylismy zdobywać szczyt ;)! Przy mojej obecnej kondycji trasa idealna. Spacerowa, lecz pod górkę. Przegapiliśmy w tym roku jesień mieniącą się paletą barw, zostało już niewiele... W różnych miejscach masywu znajdują się wszelakie lasy. Może trochę przesadzam, ale gatunków drzew jest sporo! Skąpane w słońcu...

My

W dawnych czasach była miejscem pogańskiego kultu religijnego miejscowych plemion, uznawana za "siedzibę bogów" - Śląski Olimp. Początki sięgają epoki brązu -700 r. p.n.e., a upadek przypada na czas chrystianizacji tych obszarów w X i XI w. Ośrodek kultu poświęcony był przede wszystkim bóstwu słonecznemu - kult solarny. Pozostałością tamtych czasów jest wiele rzeźb i tajemniczych kamiennych wałów usypanych wokół szczytów.

Góra Ślęża jeszcze w XI w. słynęła z pogańskich praktyk religijnych. Jednym z nich było starosłowiańskie święto Kupały- radości i pojednania, którego centralnym punktem jest palenie ogniska zwanego Sobótką...

W XIX wieku Ślęża była coraz częściej celem wycieczek niemieckich studentów wrocławskich.  Komersy odbywały się od 1812 roku które trwały trzy – cztery dni. Brać studencka wyjeżdżała spod uniwersytetu wozami, pierwszy nocleg przypadał w gospodzie w Mirosławicach lub w Sobótce, drugiego dnia na jej rynku świętowano, odgrywając różne spektakle, trzeciego dnia przed świtem z pochodniami wyruszano na szczyt góry. Władze pruskie po około 30 latach zaczęły „studenckie rajdy” ograniczać, w obawie przed politycznymi wystąpieniami.

Kościół pod wezwaniem Nawiedzenia NMP to początkowo drewniania kaplica wzniesiona na ruinach zamku. Dopiero później stała się  murowaną świątynię  z prawdopodobnie bogatym wystrojem barokowym. Niestety, uległa ona całkowitemu zniszczeniu – w nocy z 4 na 5 czerwca 1834 r. Kościół spłonął od uderzenia pioruna. Został odbudowany w XIX wieku i tak wygląda do dziś. W południową ścianie wmurowano zachowaną tablicę fundacyjną poprzedniej budowli. 

Poza kościołem na szczycie jest jeszcze dom turysty, wierza widokowa, maszt telewizyjny oraz rozpościera się widok na Nizinę Śląską.

***

sobota, 14 listopada 2009

Kiedy nie wszystko układa się po naszej myśli, warto choć na chwilę odwrócić uwagę. I tak właśnie zrobiłam:))! Zainspirowana przepisem na superzupę w zeszłotygodniowych "Wysokich obcasach" - http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96946,7225264,Superzupa.html - postanowiłam sprawdzić, co wyjdzie.  Wybrałam się po niezbędne składniki do warzywniaka. Lubię chodzić po zakupy z materiałowymi torbami. O wiele przyjemniej, niż z plastikiem! Z różnych miejsc sobie je przywożę. Ostatnia pochodzi z Korfu:

Owa zupa miała się składać z pomarańczy, marchewki, cebuli i mięty z dodatkiem oliwy. Całość zmiksowana. Nie spotykane dla mnie dotąd połączenie! Mięty świeżej niestety nie posiadam - wykorzystałam z herbaty ziołowej ;) Rozciełam torebkę.  Mój aktualny ogród ziołowy to jedynie majeranek i bazylia.

Potrawa okazała się strzałem w dziesiątkę! Pycha! Skórka i sok z pomarańczy nadają jej orzeźwienie, a mięta świeżość. Cebuli zupełnie nie czuć. Nazwałam ją multiwitaminką:) Zawiera przecież dużo betakarotenu, alliny - allicyny, mentol i witaminę C. "Bomba" pomocna dla oczu i odporności. Na ten czas jak znalazł.

A na deser zaprszam na mix owocowy:))

***

piątek, 13 listopada 2009

krzywa życia wcale nie jest prosta

od kilku dni się zakrzywia

niezależnie od nas

zły dzień, zły czas

nalbliższe dni pokażą

tyle nerwów

mamy tylko i aż siebie

wtorek, 10 listopada 2009

Agios Georgios Pagi

Mała mieścina w północnej części wyspy zaintrygowała nas już przed wyjazdem, spodobała nam się od pierwszych chwil! Ma w sobie coś uroczego, cichego i jest innym światem, niż dotychczas poznaliśmy. Inna roślinność, krajobrazy... Niska zabudowa, szum morza i widok gór, sprawił, że czuliśmy się tam naprawdę dobrze. Z balkonu widok za zatokę, gdzie codziennie jedliśmy leniwe śniadanka – tak mi ich teraz brakuje!

Po przyjeździe zakupiliśmy mapę, nie jest o nią łatwo. Wszystkie jakieś takie niedokładne, ciężko coś konkretnego wyczytać. W późniejszym czasie przyszło nam się bez nich obyć. Intuicja dobrze nas prowadziła. Czasem idąc z myślą, że dojdziemy tam gdzie dojdziemy. Przyjemnie czasem odciąć się od planu.... Szczególnie, gdy na co dzień trzeba wciąż coś porządkować, iść zgodnie z wszelkimi normami. Ale wracając do naszej mieściny, postanowiliśmy się udać pierw na prawo wzdłuż wybrzeża. Przypuszczaliśmy natrafić na tak zwany szlak osiołków wśród gajów oliwnych i cyprysów pnący się w górę. Nie było to takie oczywiste – brak wskazówek, drogowskazów. Wiedzieliśmy tyle, iż należy minąć rybną tawernę i iść w górę. Po jakimś czasie miała pojawić się ścieżka odbijająca w prawo i wiodąca tuż przy skale. Naprawdę nie wiem, skąd trafiliśmy we właściwą. Widok niesamowity – zatoka, morze i wyłaniające się z morza skały, małe wysepki... Zrobiły na nas duże wrażenie.


Po drodze natrafiliśmy na śmieszną rzecz, mianowicie furtkę z kawałkiem płotu. Tak z ni z gruszki ni z piertruszki. Nie mamy pojęcia po co ona była ;)

Dotarliśmy do miejscowości Krini, mijając po drodze wioskę. Otaczały nas plantacje winogron, pomidorów. Jednak nikt ich nie zbierał – wyglądały na mocno dojrzałe. Panowała senność podobnie jak w miasteczku, do którego zaraz doszliśmy. Oczywiście był to środek tygodnia! Naszym oczom ukazały się małe, wąskie uliczki z kamiennymi domami. W między czasie pojawił się drogowskaz mówiący o kawiarni. Gdy ją odnaleźliśmy okazało się, …że jest zamknięta – właściciele, chyba musieli odpocząć po ciężkiej pracy, hihi. Usiedliśmy na „rondzie”, by ugasić pragnienie i pomyśleć, gdzie dalej ruszamy. Uwagę zwróciły dwie starsze kobiety siedzące na ganku – taki widok kojarzył mi się właśnie z Grecją .


Nie chcieliśmy wracać tą samą drogą, zatem zdecydowaliśmy się na trasę przez Markades i Pagę. W Markades już troszkę inaczej – również mała mieścina – przy głównej drodze znajdują się stragany z pamiątkami i knajpki, restauracje. Wszystko wygląda na miejscowe, lecz po głębszym przyjrzeniu się, widać iż robione pod turystów. Zszokowani przyglądaliśmy się podjeżdżającym autokarom. Zatrzymywali się na pół godziny i dalej w drogę na „zwiedzanie” wyspy, dramat! Już teraz widzę jak wyglądają wycieczki fakultatywne z biur podróży. Dobrze, że na nic się nie decydowaliśmy. W drodze powrotnej opadliśmy trochę z sił - przeszliśmy już koło 20-stu kilometrów raz w górę raz dół. Zaczęliśmy łapać stopa i okazało się, że byli to Polacy, hihi. Tym śmieszniej, że przez jakiś rozmawialiśmy po angielsku.


Oczarowani okolicą wieczór spędziliśmy na „naszym” balkonie sącząc lokalne wino...

Online Casino
statystyka