wtorek, 21 grudnia 2010

Październikowy poranek we Fjällbace. Rybak Frans Bengtsson wypłynął łódką, aby opróżnić więcierze, które zastawił na homary. Przy ostatnim z nich coś się mocno zacina, Frans przeczuwa, że nie będzie to zwykły połów, nie myli się, w siatce więcierza tkwi ciało dziewczynki...

Patrik Hedström i jego koledzy z komisariatu policji w Tanumshede mają do rozwikłania kolejną skomplikowaną zagadkę. Podczas sekcji zwłok w płucach dziecka wykryto słodką wodę i ślady mydła. Ktoś utopił małą w wannie i wrzucił zwłoki do morza. Kto i dlaczego zamordował dziecko? Odpowiedzi należy szukać w odległej przeszłości...

Kolejny kryminał tej Pani. Poprzednie dwie książki bardzo mi się podobały, o czym pisałam wcześniej. Ponownie spotykamy się z Ericą i Patrikiem, co bardzo mnie cieszy. Polubiłam tych bohaterów.

Zaletą książki jest dwutorowość czasowa. Na przemiam widzimy co się dzieje współcześnie ze znanymi nam bohaterami oraz poznajemy historię kamieniarza z lat dwudziestych... Początkowo oba wątki wydają się bez znaczenia, jest jednak to COŚ... Z jakiegoś powodu autorka przedstawia nam dzieje z odległych czasów. Tylko dlaczego? O tym dowiemy się już w trakcie lektury...

Jak zwykle u Läckberg prócz wątku kryminalnego mamy jeszcze społeczno-obyczajowy. Tym razem, według mnie motywem przewodnim jest MATKA. Po pierwsze obserwujemy macierzyńskie zmagania Eriki, które niekoniecznie są usłane różami. Również inne relacje bohaterów opierają się na zależnościach syn-matka, córka-matka. Mało tu pozytywów. Sporo toksycznych, zaborczych związków... Anna, siostra Eriki, wpada w poważne tarapaty... Musi wreszcie coś zdecydować, by chronić swoje dzieci... Oby wyszło jej to na dobre...

Na kolejną pozycję tej Pani grzecznie czekam w bibliotekowej kolejce. Z czego nawet się cieszę. Potrzebuję chwili odpoczynku od stylu pisania Läckberg. Zazwyczaj tak mam, jeśli czytam kilka książek z rzędu tego samego pisarza.

czwartek, 16 grudnia 2010

Popijam zieloną gruszkową herbatę i zagryzam kawową babką własnego autorstwa. Pod powiekami nadal mam Dolomity, w których się zakochałam od pierwszego wejrzenia. Nie spodziewałam się aż takich widoków, aż tak dobrze przygotowanych tras zjazdowych, aż takiej różnorodności pod kątem turystycznym stoków. Były szerokie, wyrównane. Zjeżdżając cały czas miałam przed sobą cudne skały. Czasami musiałam szczypać się w policzek, czy to naprawdę istnieje? Nazywam takie krajobrazy „kiczowatymi” w dobrym tego słowa znaczeniu. Są po prostu idealne, nic dodać, nic ująć. Tylko przyroda może stworzyć takie cudo!

widok z okna naszej kwatery (dwa poniże zdjęcia)


Charakterystyczną cechą Dolomitów jest to, iż góry te nie tworzą typowych łańcuchów, ale mają formę jakby gniazd, grup oddzielonych głębokimi dolinami. Jedną z nich jest ogromna Sella Ronda. Cały dzień zajęła nam jazda wokół tej samej skały. Taka narciarska wycieczka- karuzela: góra - dół, góra - dół, zgodnie z ruchem wskazówek zegara lub w przeciwnym. Są dwa szlaki: zielony i pomarańczowy(bardzo dobrze oznakowane). W sumie mamy do pokonania cztery przełęcze, czyli Passo Sella, Passo Gardena, Passo Campolongo i Passo Pordoi, z których zjeżdżamy do czterech dolin: Val Gardena, Val di Fassa, Val di Alta Badia i Val di Livinallongo.


Świetną sprawą okazały się tamtejsze skipasy, obejmowały cały region. W Polsce często, gęsto nawet w jednej miejscowości są różni właściciele wyciągów. Utrudnia to sytuacje, gdy chcemy zmienić rejon zjazdów z różnych względów – losowych, pogodowych. Innym plusem jest to, że można sprawdzić na stronie internetowej ile kilometrów się przejechało na nartach i ile razy korzystało z wyciągów w ciągu każdego dnia oraz podsumowanie całego wyjazdu. Mi wyszło 100 km i 54 razy w gondolkach, na kanapach. Fajne podsumowanie.

czasem mniej słonecznie...


Wyjazd był obarczony sporym wysiłkiem dla mnie: finansowym, czasowym, energetycznym. Wyruszyliśmy zaraz po zajęciach, które się kończyły o 18. We Włoszech byliśmy rano. Szybka kawa i na stok. Nie można przecież tracić cennych chwil, hehe. Zgrana grupa to podstawa. Po całym dniu na nartach przygotowywaliśmy wspólne obiadokolacje. Pysznie przeciągały się do późnych godzin wieczornych. Omawialiśmy z wypiekami na twarzy miniony dzień i planowaliśmy następny. Gry w karty, grzańców, likierów nie zabrakło. Dobre nastroje nie opuszczały nas do końca.

Na zwiedzanie alpejskich miejscowości nie było już czasu. Co zostało mi w pamięci, to skupiska charakterystycznych domów z drewnianymi balkonami i dachami. No i strzeliste, wąskie wieżyczki kościołów...


To był mój pierwszy wyjazd narciarski w Alpy. Na pewno wiem, że nie ostatni! :))

Online Casino
statystyka