sobota, 28 marca 2009

Coś się zaczyna, gdzieś kończy... normalna kolej życia, tylko dlaczego cięzko czasem wszystko ogarnąć? W głowie kotłuje się mnóstwo myśli... Patrząc choćby na budzenie się przyrody do życia po zimie, zazieleniające się trawniki, pąki na drzewach... Tydzień temu zasiałam w doniczce bazylie i tymianek, dziś sporo kiełkujących siewek...

Moje życie z Z. nabiera tempa, docieramy się coraz lepiej... Poznajemy się i jednocześnie akceptujemy swoje wady, nie strarając zmieniać niczego w drugiej osobie. Kocham mimo wszystko, nie za coś. Warto to zrozumieć. Za mało czasu na walkę i złości... Ile dni nam pozostało razem, nie wiem? Chciałabym wykorzystać je maksymalnie, nie tracąc na narzekanie i wikłanie się w spory, bezsennsowne pretensje... Czasem zbyt łatwo nakręcić się na negatywne emocje, tylko po co? Czy sekret tkwi w akceptowaniu siebie nawzajem takim jakim się jest? Całe życie przed nami, lecz co to jest całe życie?

Dziś pożegnałam wujka...

 

niedziela, 22 marca 2009

Z. na weekend wybył do rodziców, rzadko ma okazję do nich jeździć... Czasem lubię rozłąkę, mam wtedy czas wyłącznie dla siebie...  Jak cudnesą powroty, trzeba pozwolić się stęsknić za sobą.

Czar przyjemności rozpoczął się juz w piątek wieczorem, kiedy po rozmowie telefonicznej z M. doszło do spontanicznego naszego spotkania. Wersje ah hoc są najlepsze, bo nieplanowane. Rozmowa toczyła się spokojnym rytmem, sącząc piwko z sokiem imbirowym cieszyłyśmy się swoim towarzystwem. Jak dobrze pogadać z kimś, kto Cię dobrze zna. Nie wszystko musisz tłumaczyć... Zrozumienie następuje poza słowami.

Sobota rozpoczeła się od korepetycji na drugim końcu miasta, nie byłam tym zbyt uradowana. No ale cóż, sama się podjełam dojeżdżania.  Z racji tego, że Mama ma dziś urodziny, wybrałam się na poszukiwanie prezentu. Udało mi się znaleźć książkę pt. "Niczego nie żałuję" - biografia Edith Piaf. Do tego kokosowy balsam do ciała z naszej ulubionej drogerii. Myślę, że będzie zadowolona. wieczorkiem idę do rodziców na ciacho:) Zresztą sobie sprawiłam waniliową wodę toaletową, jak szaleć to szaleć! Wracając do soboty, wieczorem przyjechała K.na nocne pogaduchy... Zakończone śniadaniem dziś rano. Przyjemnie było leniwie siedząc rozmawiać, z każdymrozmowa wygląda inaczej. Przynosi co innego, czynność bezcenna. Szczególnie, że nikt ani nic nam nie przeszkadzało. Wyłączone na chwilę z pędu codzienności odpoczełyśmy niesamowicie...

14:37, gusiook
Link Komentarze (2) »
czwartek, 19 marca 2009

Tydzień intensywny pod każdym wzgledem zarówno fizycznym jak i umysłowym. Pierw dwa koła, jedno do przodu, drugie niestey... Bywa:) Nie miałam totalnie ochoty na nauke, więc sobie odpuściłam. Pytania się nie powtórzyły. Za to dzisiejszy w-f boski! Co prawda prowadzący dał nam wycisk, lecz cudownie poczuć własne ciało. Nawet lubię zmęczyć się fizycznie, tak porządnie, by na drugi dzie były zakwasy. Paradoksalnie czuję się mniej zmęczona "na duszy". Całe napięcie z tygodnia schodzi... Ulatuje przez pracę mięśni. Nie należe do sportowczyń, we wszelakie gry z piłką jestem beznadziejna. Lubię grać jedynie z przyjaciólmi, gdzie mogę się nie przejmować swoim pokractwem. Najlepsze do tego są wakacje! Bezstresowa aura...

Pisałam jakiś czas temu o okienkach w moim planie, można sie przyzwyczaić. Jednak wczoeraj moja cierpliwość została wystawiona na ciężką próbę. Czekałam na kolejne zajęcia ok. trzy godziny. Okazało się, że prowadąca nie przyszła. Oczywiście nie mogli wywiesić kartki lub w inny sposób dać znać, że nienieckiego nie będzie. Nie żebym tak pragneła tak tego języka. Mieszkam daleko od uczleni, nie opłacało mi się wracać do domu... Zaraz po niemieckim mam korki, więc z racji jego braku znów póltorej godziny się wałęsałam. Męczące chyba bardziej od zajęć. W międzyczasie wsiadłam jeszcze nie w ten tramwaj co trzeba. Aż klnełam pod nosem, kiepski dzień...eh:/ Naszczęście dziś mam lepszy nastrój :)

Wieczorem idziemy z Z. oglądać kolejne M. Oj jak bysię już chciało na swoim.... Ale to inna bajka, nie na teraz.

czwartek, 12 marca 2009

W kubku paruje zielona herbata, pyszne śniadanie przed chwilą zjedzone, niby nic, ale przyjemności dają dobre rozpoczęcie dnia. Prosta rzecz potrafi wprowadzić mnie w dobry nastrój. To samo w związku. Podarowane jabłko, ulobiona gazeta, czy rękawiczki na laborki -  czuję, że jestem kochana. Chodzi tu o myslenie o sobie nawzajem na codzień. Nie tylko duże, spektakularne prezenry robią wrażenie, może nawet mniej niż te drobne? Nie sztuką jest pójść do sklepu i wydać mnóstwo kasy... Dla mnie szczególnie ważne są podarunki płynące prosto z serca, wynikające ze słuchania drugiej osoby.

Uwielbiam prezenty, które dostaję od Z. na urodziny. Widać, że są dopracowane, przemyślane... Ostatnie spędzone w Krakowie, mieście, które obydwoje uwielbiamy. Czas niezapomniany... Zresztą to z Nim pierwszy raz tam byłam. Pamietam, początek znajomości. Był październik, zmarł mój pradziadek, wcześniej ukochany dziadek. Chodziłam strasznie przybita. Miesiąc wcześniej byłam chora i z tego powodu przepadła mi wycieczka o miasta marzeń. Pewnego dnia telefon od Z.: "Poświęcisz mi ok. 18 godzin w niedzielę?". Zawiązał mi oczy na dworcu, wysiedlismy na stacji Kraków Głowny. Pierwszy raz ktoś zrobił coś takiego dla mnie. Mimo, iż październik zimny - wyjazd cudowny. Będę pamiętać do końca życia. Całym sobą dba o mnie.

Miniona niedzielna, telefon Z.: "Co roisz Kochanie? Możesz być za 40 minut w rynku?". Szybko się ogarnełam i najszybciej jak mogłam dotarłam na umówione miejsce. Okazało się, że idziemy do teatru na "SMYCZ". Po raz trzeci. Pierwszy raz na Jego urodziny. Dostał bilety ode mnie w albumie ze zdjęciami z naszych wyjazdów. 

Nauczyliśmy sie zaskakiwać nawzajem, czasem ktoś odpuszcza... Wiadomo są gorsze okresy. Według mnie to siła napędowa związku, codzienne małe swięto i przyjemności. Może choć trochę pozwoli uniknąć rutyny?

wtorek, 10 marca 2009
Stało się, zatoki nie wytrzymały i rozłożyło mnie... Ból głowy, zatkany nos... wiadomo bez antybiotyku się nie obeszło, teraz go kończe i czuję jego skutki. Na szczęście już lepiej, infekcja odchodzi. Pozostało potforne osłabienie. Nie byłoby tak źle, gdybym nie musiała tak czy siak chodzić na zajęcia, przede wszystkim laborki. Polityka mojej uczelni nie sprzyja chorowaniu, odrobienie tego wszystkiego zgraniczyło by z cudem i nadwyrężeniem swoich sił, a niby to Akademia Medyczna? Nie mam na to wpływu, więc trza sobie radzić... Dzisiejsze koło z chemii organicznej do przodu:) Czasem nie wiem skąd mam siły. Kilka dni mogę odpuścić, pójdę na ważniejsze zajęcia i spokojnie dojdę do siebie...
środa, 04 marca 2009

Dziś postanowiłam zosatać w domu, tzn. odpuścić sobie zajęcia na uczelni. Od dwóch dni kicham jak najęta, oczy i gardło swędzą niemiłosiernie. Czyżby pylenie się rozpoczyna? Rano zbudziłam się z ropnym katarem, przytakanymi zatokami i uchem. Gorączki nie mam, więc jest szansa na wykurowanie sie w zaciszu domowym. Inhalacje ostro w ruch. W pozycji stojącej nie jest źle, gorzej w horyzontalnej...

Jak przyjemnie spędzic poranek w domowych pieleszach:)) Ostatanio do domu wracam, gdy jest już ciemno. Nie nastraja to pozytywnie do życia. Poza tym nasze gniazdko wygląda jak pobojowisko. Wszędzie piętrzą sie moje rzeczy. Także dobra okazja do ogarnięcia przestrzeni życiowej. Patrząc na to wszystko, stwierdzam, iż jestem straszną manelarą. Ciężko rozstać mi się z każdą rzeczą. Efekt dość oczywisty - tonę. Przglądnełam zasób pudełek i ozdobię je techniką DECU, może choć troche uda mi się pochować moje skarby. Szczególnie, że zakupiłam różniste serwetki. Mam z czym poszaleć. Do tego dziś lub jutro przyjdzie, zamówione na allegro,  drewniane pudełko na herbatę z 9 przegródkami. Swoja drogą znalazłam jeszcze inne drewniane cuda: http://drewnianadolina.pl/ . By nie wpaść w pułapkę słomianego zapału, zrobię pierw, to co mam. Pomimo średniego samopoczucia zapowiada się przyjemny dzień.

Online Casino
statystyka