środa, 30 marca 2011

Co zdarzy się jutro?

Poznajmy Sam i trzy jej najlepsze przyjaciółki. Na pierwszy rzut oka stanowią zgraną, zabawną paczkę amerykańskich nastolatek. Należą do tych najpopularniejszych w szkole, co nie liczą się z innymi. Najważniejsze są one, ich szalone i szurnięte pomysły.

Bohaterkom powieści zależy wyłącznie na tym, by się dobrze bawić. Tematy królujące w ich rozmowach to imprezy, ciuchy, alkohol i seks. Jeśli przy tym wszystkim uda się komuś dokuczyć, zrobić parszywy żart, czy wyśmiać w obliczu całej szkoły, będzie jeszcze zabawniej.

Pewnego wieczoru bohaterki książki Lauren Oliver wybierają się na huczną imprezę do znajomego ze szkoły. Tak, tylko znajomego. Przecież należy się pokazać i zrobić szum wokół siebie. Impreza jest mocno zakrapiana. Nie brakuje na niej żałosnych zachowań. Gdy Sam z koleżankami postanawia wrócić do domu samochodem, zdarza się wypadek. Jak się domyślacie, nie kończy się dobrze. W końcu kierowcą jest nietrzeźwa nastolatka, a na dworze ciemno i mokro od deszczu....

Po takim wstępie sama nie sięgnęłabym po tę książkę. Co to za przyjemność czytać o zblazowanych, nadętych, pustych nastolatkach? Jest przecież tyle innych wspaniałych książek. Po kilkunastu stronach miałam ochotę rzucić powieść w kąt. Coś jednak mówiło mi, by poczekać. Wytrwałam, patrzyłam na wszystkie hece dziewczyn z przymrużenia oka.

Nie żałuję. W kolejnych rozdziałach odkrywamy inną stronę ich zachowań. Już tak bardzo mnie nie denerwują, nie drażnią. Czuję raczej smutek, przygnębienie. Choć i pojawiają się pozytywne momenty.

Po owej tragicznej kraksie główna bohaterka książki „7 razy dziś” czuje , iż spada w ciemną otchłań. Pojawia się pustka, po czym słyszy dźwięk budzika. Jest donośny i denerwujący – biip, biip. Tak się dzieje siedem razy... Przez kolejny tydzień będzie przeżywała ten dzień siedmiokrotnie, a my razem z nią. Za każdym razem inaczej. Do naszej głównej bohaterki i narratorki dociera „(...) jak łatwo wszystko się zmienia, jak łatwo wyruszyć tą samą drogą, co zawsze, ale dotrzeć w zupełnie inne miejsce. Jeden fałszywy krok, jeden postój, jeden skrót i nagle dorabiasz się nowych przyjaciół albo fatalnej reputacji (...). Co najdziwniejsze, wydaje mi się, jakby wszystkie te możliwości istniały jednocześnie, jakby każda chwila naszego życia składała się z ułożonych warstwami momentów, których każdy wygląda inaczej.”.

Ciekawym rozwiązaniem wydaje się być dwutorowa narracja. Z jednej strony mamy relację Sam powtarzających się siedmiu dni z jej życia. Z drugiej zwraca się ona jakby do nas, ale już z miejsca gdzie utknęła. Nie jest ani na ziemi, ani w niebie. Powoli zdaje sobie sprawę ze znaczenia wydarzeń w swoim życiu. Na wszystko patrzy z innej perspektywy, staje się bardziej uważna, krytyczna wobec samej siebie. Uchronność losu nie jest już jej obca.

Książka „7 razu dziś” jest napisana prostym, lecz przyjemnym językiem. Myślę, że trafiającym w sedno. Zarówno dorosły czytelnik, jak i ten trochę młodszy odnajdzie się w niej doskonale. Poza tym autorka nie oszczędza nam ciekawych porównań. Na przykład to spodobało mi się „uczucie zamknięcia w wirującej pralce”, które jest tłumaczone „(...) jakbym krążyła coraz bliżej i bliżej tych samych osób i tych samych wydarzeń, ale oglądała wszystko z coraz to innego punktu widzenia”. Wydaje się to meritum opowieści, które chce przesłać nam pisarka za pośrednictwem Sam.

Jedno jest pewne, przy perypetiach szalonych dziewczyn nie będziecie się nudzić. Początkowe rozdrażnienie głównymi bohaterkami mija. Co więcej od książki ciężko się oderwać.

Lauren Oliver, 7 razy dziś, Kraków, Wydawnictwo Otwarte 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

piątek, 25 marca 2011

To, że wiosna do nas zapukała. nie ulega wątpliwości. Wreszcie są widoczne zazieleniejące trawniki, pączki na drzewach, a i nasi latający przyjaciele dają o sobie znać. Od razu lżej na sercu, uśmiech lgnie na usta:)). Choć wraz z wiosną przyszło również przesilenie i pylenie. Tak, te wiosenne. Jak obserwuję, mnóstwo ludzi jest teraz chorych. Mnie to też nie ominęło. O nie. Trzeba wyleżeć swoje, łykać grzecznie lekarstwa i przygotować się ataki alergii. Ona też już daje o sobie znać.

Choć mój wpis miał być o czym innym. Mianowicie bardzo ucieszył mnie artykuł na gazecie. Przewóz roweru pociągiem kosztuje symboliczną złotówkę (w weekend), niezależnie od długości trasy. W tym roku ta promocja wchodzi o miesiąc wcześniej. Poprzedniego sezonu korzystaliśmy z takich usług. Świetna sprawa, podjechać parę, kilkadziesiąt kilometrów pociągiem, a potem już tylko oddawać się przyjemności na różnorodnych trasach rowerowych. Dzięki temu lepiej można zwiedzić swoją okolicę. Pomysł na cieplejszy weekend jak znalazł:))!

Jak tylko poczuję się lepiej, mój Mustang zostanie odświeżony po zimie. Już nie mogę się doczekać, kiedy znów będziemy razem spędzać czas. Czuję, iż rozumiemy się doskonale! :D

czwartek, 17 marca 2011

Po długiej podróży przyszedł wreszcie czas na zwiedzanie. Wyspani i wypoczęci postanowiliśmy odwiedzić kompleks pałacowy pochodzący z XVI wieku. Obecnie funkcjonuje jako muzeum, centrum społecznościowe Tatarów krymskich oraz aktywny meczet. Całość była kilkakrotnie przebudowywana. Obecny stan zachował się z końca XVIII wieku. Jedno jest pewne, pałac stanowił dla nich swego rodzaju raj, sad. Znajdziemy tu wspaniałe grody – obecnie dużo skromniejsze, niż w latach świetlności, bogactwo architektoniczne budynków oraz wysokie skały wokół całości. Jednak wszystkie budowle cechuje lekkość, brak przytłaczającego przepychu bardzo przypadł nam do gustu.

Kompleks możemy zwiedzać dość swobodnie. Jest jedno ale, koniecznie trzeba zakupić bilet (studencki 20 UAH) oraz podążać za przewodnikiem. Prowadzi on nas przez zakamarki pałacu. Zazwyczaj nie korzystamy z takich usług. Tu nie ma wyjścia. Na szczęście nasza przewodniczka nie jest uciążliwa i mamy możliwość na chwilę odosobnienia.

Te wspaniałe zdobienia są efektem wpływów perskich, tureckich i włoskich....

 

Dominującym i łatwo zauważalnym elementem wszystkich pomieszczeń są charakterystyczne dywany-zarówno na podłogach, siedziskach i ścianach...

 

Sala Dywanu stanowiła ośrodek władzy, to właśnie tutaj chanowie ustanawiali prawa i planowali wojny...

 

No i zieleń... równie zachwycająca, choć w upalnym klimacie do bujnych nie należy:)

Będąc w takich miejscach lubię się zastanawiać, jak kiedyś toczyło się życie... Tymi dróżkami, po tych pokojach przechadzali się ludzie... tak dawno temu...

 

Jedno jest pewne, warto przejechać tyle kilometrów, by odwiedzić dawną siedzibę tatarską. Duch tamtych czasów pozostał w murach...

sobota, 12 marca 2011

Kolejna powieść z motywem porzucania miasta dla prowincji. Kolejna powieść, gdzie to właśnie kobieta po czterdziestce postanawia, zmienić coś w swoim życiu. Jednak ta książka jest zupełnie inna. Bez wspaniałych Mazur służących za odskocznię od metropolii. Bez ciągłych, wspaniałych zbiegów okoliczności, czyhających na każdym kroku. Bez spotykania wyłącznie wspaniałomyślnych osób. Jednym słowem historia przedstawiona przez autorkę, jest bliższa naszemu życiu. Zdecydowanie odnajdziemy tu realność zdarzeń.

Ostatnim czasem jest to dla mnie istotne. Jestem już trochę zmęczona powieściami, gdzie głównym bohaterom wszystko się udaje od razu. Zawsze mają na wyciągnięcie ręki dobrych i pomocnych ludzi. I gdzie dziwnym trafem wszystko układa się po ich myśli. Z przewagą słowa zawsze.

Hankę, mieszkankę Warszawy, poznajemy bujającą się w fotelu z trunkiem w ręku. Z pozoru jej życie wygląda na poukładane. Ma męża, córkę i zapewniony byt, dzięki spadkowi. No właśnie, z pozoru. Jak się pewnie domyślacie, ich małżeństwo to już przeszłość. Co prawda żadne noże, talerze nie latają po domu. Jednak cała magia z początku gdzieś się ulotniła. Pozostał wzajemny szacunek. Nie brzmi to obiecująco.

Pewnego dnia jadąc do redakcji, Hanka przeczytała ogłoszenie w gazecie. Dotyczyło ono, pracy w bączkowskiej gazecie. Tak, to zbieg okoliczności. O Bączkach nasza bohaterka nie wie nic. Dosłownie. Coś jednak sprawia, że postanawia na nie odpowiedzieć. Dalej idzie już jak po maśle. Rodzina specjalnie się nie przejmuje. Jedynie, może trochę martwi o siebie. Bo kto będzie teraz gotował obiady?

Czy główna bohaterka odnajdzie swoje miejsce? Czy wszystko potoczy się po jej myśli? I jak to jest, nagle zmieniając wielkie miasto, na prowincjonalną mieścinę? Szczególnie, że owe Bączki to nic specjalnego. Ot, małe miasteczko gdzieś w Polsce. Na te wszystkie pytania znajdziemy odpowiedzi w trakcie lektury... Choć może nie na wszystkie...

Jedno jest pewne, przy tej książce nie będziemy się nudzić! Nie raz śmiałam się czytając, a z drugiej strony wzruszałam się co rusz. Takie w końcu jest nasze życie słodko-gorzkie. Nic nie jest przecież ani czarne, ani białe. Sprawny język autorki sprawił, że czytanie było przyjemnością oraz ciekawym odkryciem literackim. Bowiem nic wcześniej o tej Pani nie słyszałam. Teraz to nadrobię. Cieszę się, że kolejna polska pisarka przypadła mi do gustu. :))

poniedziałek, 07 marca 2011

... i właśnie stuknęła mi trzecia rocznica blogu(czy dobrze odmieniłam? ;) ). Nie wiem nawet sama kiedy. Jedno jest pewne, blog dał i daje mi mnóstwo inspiracji książkowych - tu przykładów bez liku, podróżniczych-nie wiem czy przyszłaby mi na myśl Ukraina, gdyby nie relacje Kota_w_butach i przede wszystkim poznałam kilka wspaniałych osób. Bo to ludzie tworzą to specyficzne miejsce w sieci. Czasem chce się pisać, a czasem ochoty brak. Dlatego ciężko przewidywać, jak długo to potrwa... Tymczasem zapraszam na tort! :)

wtorek, 01 marca 2011

Do Bakczysaraju z Symferopolu można dostać się wszystkimi środkami komunikacji dostępnymi na Krymie. Najtańsze będą chyba elektriczki, koszt około pięciu hrywien za osobę. Podróż trwa 50 minut.

Jesteśmy już mocno zmęczeni w końcu za nami 25 godzin w pociągu. Jednak emocje związane z poznaniem nowego miejsca robią swoje. W Symferopolu zaopatrujemy się w owoce – ileż pyszności na lokalnym targu! oraz w nowe zapasy wody. Żar się z nieba leje, bez niej ani rusz! Butelka zimnego napoju będzie nam już zawsze towarzyszyć w naszej krymskiej przygodzie. Nadaje się do tego tylko woda, ona jedyna jest w stanie ugasić pragnienie w tej gorącej krainie.

To nasz pierwszy wyjazd, na którym nie mieliśmy zarezerwowanego żadnego noclegu. To posunięcie okazało się jak najbardziej trafne. Tak jak naczytaliśmy się na forach internetowych, to kwatera nas szuka. Ledwo zdążyliśmy wysiąść z elektriczki, nawet plecaków dobrze nie założyliśmy, a już miła starsza Pani proponuje nam komnatę (miejscowi często w ten sposób nazywają oferowane wolne pokoje). Widać od razu, iż ma pewne doświadczenie w tym fachu. Wymienia wszystkie najważniejsze elementy, to znaczy obecność ciepłej wody (niekoniecznie standard na Krymie), czystych i zamykanych pokojów, dostępu do kuchni oraz bliskości do najważniejszych punktów turystycznych miasteczka. Przychodzi do ustalenia ceny, chwilę się targujemy i za 40 UAH/osobę mamy upragniony pokój. Lekko zaaferowani idziemy z naszą gospodynią do jej domu. Po drodze rozmawiamy, już co raz lepiej językowo nam idzie! Na miejscu okazuje się, że trafiliśmy bardzo dobrze. Będziemy mieszkać w małym, murowanym budynku za domem. Jest naprawdę w dobrym stanie. Przede wszystkim czysto i przyjemnie. Prysznic to drewniany domek z wodą ze studni, ale uwaga podgrzewaną. W jaki sposób? Na dachu stoi wielki czarny pojemnik, gdzie gromadzona jest woda, który dzięki panującym tu wysokim temperaturom szybko się nagrzewa i mamy gorący prysznic. Jak dla mnie świetnie pod kątem ekologicznym. Poza tym zbawienne po tylu godzinach w drodze!

widok z naszego pokoju, cień jest cudny!

Spędzimy tu kilka nocy. Wieczorami często towarzyszy nam nasza gospodyni. To bardzo ciepła, serdeczna osoba. Okazuje się, że od wielu lat wynajmuje pokoje dla turystów. Prócz nas jest jeszcze para z Francji oraz czwórka przyjaciół z Polski. W kilku językach są przygotowane mapki i krótkie opisy lokalnych atrakcji. Bardzo miły gest. Bakczysaraj to świetna baza wypadowa w kilka wartych odwiedzenia miejsc na Krymie.

My zobaczyliśmy (wszystko opiszę w kolejnych notkach):

1. Kompleks pałacowy chanów krymskich

2. Skalne miasto Czufut-Kale oraz klasztor Monastyr Uspieński

 

3. Skalne miasto Mangup

 

A teraz zapraszam Was na kawałek arbuza lub melona, co kto woli!:) Są to świetne owoce gaszące pragnienie w tamtejszym klimacie. Przede wszystkim wszędzie dostępne i tanie!

 

Wcinamy puszności przed naszą kwaterą:)

Takie targi to obrazek powszedni na Krymie.

Online Casino
statystyka