poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Atrakcja turystyczna, tak przeważnie sprawdzam, co ciekawego można zobaczyć w regionie, do którego się wybieram. Jest cel podróży. Coś do zobaczenia, oko i dusza się pocieszy. A i zdjęcia oczywiście zrobić można. Te ostatnie co raz rzadziej robię. Mam mieszane uczucia, jaki jest ich sens. Tak naprawdę liczy się, to co w środku zostaje. Choć ładne migawki zdarzeń miło potem oglądać. Ale ja nie o tym dziś.

Bardzo lubię okolice Milicza wraz z jego wspaniałymi stawami. Co raz ostatnio więcej o nich w mediach. Starają się zrobić z tego miejsca tytułową atrakcję turystyczną wraz z całym zapleczem. Wiadomo, jeśli więcej osób będzie przyjeżdżać, to i gastronomia stanie się niezbędna. Z jednej strony cieszę się. A z drugiej … czy nadal rowerowanie w tych okolicach będzie tak przyjemne, jak dotychczas? Puste lasy, przyzwoite ścieżki i orkiestra natury? Jeśli ktoś ma ochotę na kajaki, to i wypożyczalnia się znajdzie. Trochę brakuje tam miejsc, gdzie można coś zjeść, odpocząć. Tak naprawdę wałówkę to i sama mogę zabrać. Nie jest to meritum, choć jadać w różnych miejscach lubię. Za cenę spokoju, o wszystkim mogę pomyśleć przed wyjazdem.

Z innej strony, mam wrażenie, że wszyscy szczerze zainteresowani spędzaniem tam swojego wolnego czasu, orientują się co, gdzie i jak. Nie potrzebują informacji turystycznych, czy kampanii reklamowej. Boję się, że zaczną tam przyjeżdżać ludzie przypadkowi, którzy nie potrafią szanować przyrody… Choć może tak nie będzie, chichą mam nadzieję.

Czuję się rozdarta w kwestii zachęcana ludzi do odwiedzania różnych miejsc. Dzięki temu nie raz sama się o czymś dowiedziałam. Nie raz też moje ukochane miejsca traciły na uroku… Kiedyś byłam zachwycona, jak wiele folderów, mapek można dostać w IT. Czy jednak wszystko musi być podane na tacy? Dziś inaczej do tego podchodzę, co nie znaczy, że nigdy nie korzystam. Optymalnego rozwiązania chyba nie ma…

niedziela, 15 kwietnia 2012

Sporo ostatnio na rynku wydawniczym książek podróżniczych. Co ma do zaoferowania kolejna? Następny szalony pomysł młodych ludzi na nieszablonowe wakacje? A może wyprawa tylko z plecakiem w jakieś egzotyczne miejsce? Grunt, by dziwnie brzmiało.

Miałam mieszane uczucia, sięgając po tę książkę. Gdy boom na tego typu pozycje dopiero się zaczynał, moje oko było zdecydowanie mniej krytyczne. Najważniejsze, że autor zabierał nas w literacką podróż w nieznane. Do tego barwne fotografie i już czytelnik był usatysfakcjonowany. Wiadomo, że mając pewne obycie w danej dziedzinie, nie podchodzi się do sprawy już tak entuzjastycznie. Szczególnie, że zdarzało mi się trafić na różne chłamy.

„Dosięgnąć horyzontu, czyli motocyklem przez świat.” – takiej opcji jeszcze nie było. Przynajmniej ja nie dotarłam. Tym bardziej mnie to zaintrygowało, że autor, nie twierdził, iż podróż jest właściwie bez kosztowa. O czym wielu pisze, a ja mam w tej kwestii spore wątpliwości.

Jesteśmy świadkami jak Dariusz Oskroba pokonuje wraz z przyjacielem kolejne kilometry na motorach. Przed nimi Australia, Tanzania, Indonezja, Malezja, Tajlandia, Indie, Pakistan, Iran oraz Turcja. Nie zawsze drogi to piękny, gładki asfalt. Raczej to rarytas. Również przewożenie maszyn między wyspami bywa stresujące i intrygujące.

Najciekawsze są jednak spotkania z ludźmi. Niezależnie od tego jaki kraj odwiedzają. Nowością nie jest, że tylko w ten sposób można się czegoś dowiedzieć o danym regiony. To z ludzkich serc płynie szczera prawda. Dariusz Oskroba nie boi się wyrażać własnych myśli. Jak mu się coś nie podoba, to nie podoba i koniec. Nawet jeśli pisze o sztandarowych punktach turystycznych. Jednych to może denerwować, mi bardzo się podobało. Nawet jeśli się nie zgadzałam. Dzięki temu nie uzyskujemy lukrowanej powiastki, tylko subiektywny zapis pewnych zdarzeń.

Szczególnie bliskie były mi słowa autora :„Czasem niektórych miejscach (…) odpływam. Włącza mi się film, niekiedy z dźwiękiem, nawet czuję zapachy. Włącza mi się projekcja życia tego miejsca przed setkami lat. Słyszę rżenie koni i stuk młotów w kuźni, widzę ludzi kręcących się za swoimi sprawami i pokrzykujących przekupniów.” . Sama uwielbiam wyobrażać sobie, jak ludzie żyli w danym miejscu.

Dariusz Oskroba raczy nas wieloma wstawkami historycznymi. Czasem mnie to męczyło. Sam autor podkreśla, że ma zapędy nauczycielskie. Na szczęście musu nie ma i można niektóre fragmenty wedle uznania ominąć.

„Dosięgnąć horyzontu, czyli motocyklem przez świat.” to też wiele pięknych zdjęć. Najważniejsze, że są podpisane! O tym wielu zapomina. Przecież jak się nie zna jakiegoś miejsca, wówczas mamy niewielki pożytek, nawet z najwspanialszej fotografii.

Szczerze polecam motocyklową przygodę. Czyta się dobrze, choć mi dopiero po paru stronach. Warto poświęcić swój czas na tę szczerą, czasem do bólu opowieść. Niejednokrotnie oczy otwierają się szerzej ze zdumienia… Na koniec było mi nawet trochę smutno, iż zamykam książkę. O czymś to świadczy…

Dosięgnąć horyzontu, czyli motocyklem przez świat., Dariusz Oskroba, Zysk i S-ka, Poznań 2012.

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

Online Casino
statystyka