poniedziałek, 27 czerwca 2011

Gdzie ja jestem?

Książki Jodi Picoult zna większość z nas, a przynajmniej każdemu obiło się o uszy jej nazwisko. Ich mnogość jest zaskakująca, a zarazem zastanawiająca. Czy w kolejnej znajdziemy jeszcze coś nowego? Czy powieść wciągnie nas równie mocno, jak kilka pozostałych? Autorka jak zwykle porusza trudne tematy, skomplikowane sytuacje to zdecydowanie jej specjalność.

Tym razem poznajemy Paige, która w wieku pięciu lat została porzucona przez matkę. Ta po prostu w pewien zwykły dzień wyszła z domu i nigdy nie wróciła. Na zawsze odcisnęła piętno na swej malutkiej córeczce. Przez te wszystkie lata otrzymała ogromne wsparcie i miłość od ojca, który próbował zrekompensować jej brak mamy.

Główną bohaterkę „Linii życia” zastajemy, gdy ma już swoją rodzinę. Mąż i rodzina to dwie najważniejsze i na pierwszy rzut oka jedyne osoby z jej otoczenia. Bowiem nie wszystko potoczyło się, tak jak powinno. Paige zaraz po skończeniu szkoły uciekła z domu. W życiu trochę się jej pokomplikowało... Pracując w barze poznała Nicholasa – przyszłego męża. Przez moment sądziła, że złapała Pana Boga za nogi. Potoczyło się bardzo szybko, spontaniczny ślub nie wszystkim się podobał. Jednak oni, zakochani w sobie nie zważali na otoczenie... Szybko okazuje się, że wspaniały wybranek, może i kocha Paiże, ale jeszcze bardziej swoją pracę. Jej talent do rysowania, marzenia są spychane na bok. Gdy po kilku latach małżeństwa okazuje się, że jest w ciąży, załamuje się. Zupełnie nie czuje się przygotowana do roli matki. Przecież sama jej nie miała...

Jodi Picoult w „Linii życia” pokazuje „ Jak bardzo różni się życie według czyichś oczekiwań od życia zgodnego z własnymi pragnieniami”. Paige zupełnie traci grunt pod nogami. Nie ma już granicy pomiędzy nią a Nicholasem. Wszystko kręci się wokół niego. Pewnego dnia nie wytrzymuje. Splot zdarzeń doprowadza do decyzji, a właściwie impulsu i rusza przed siebie. Sama, zupełnie sama. Czy odnajdzie to czego szukała?

Książkę czyta się dobrze, szybko. Mamy dwie narracje – Paige i Nicholasa. Z obu stron poznajemy ich codzienne życie, przemyślenia. Ułatwia to zrozumieć sytuację, w jakiej się znaleźli. Choć z drugiej strony niektóre kwestie są niesamowicie rozwleczone. Myślę, że za bardzo. Czytelnikowi trzeba czasami pozostawić nutkę niedopowiedzenia. Dać szansę na własne przemyślenia. Przysłowiowa kawa na ławę nie zawsze się sprawdza. Na szczęście jako całość oceniam „Linia życia” jako dynamiczną powieść. Pod koniec akcja szybko się rozkręca i nie mamy ochoty oderwać się od lektury.

Według mnie warto poświęcić swoje popołudnie na kolejne spotkanie z Jodi Picoult . Porusza ona kilka ważnych kwestii, takich jak korzenie rodzinne, własna tożsamość oraz o spychaniu marzeń, pragnień na bok. Jest to podane w przystępny, niemęczący sposób.

Jodi Picoult, „Linia życia”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

piątek, 10 czerwca 2011

Więzy rodzinne

Jeśli sądzicie, że historie dziejące się w waszych rodzinach są skomplikowane, zaskakujące i nieprawdopodobne sięgnijcie koniecznie po książkę Olgi Rudnickiej NATALII 5.

To co prezentuje się na kartach powieści nie raz was zadziwi. Zagrywki i styl życia głowy rodziny są lekko mówiąc nietypowe. To sprawia, iż ciężko się oderwać od czytania.

Starszy, zamożny mężczyzna postanawia zaplanować swoje samobójstwo, po tym jak dowiedział się o nieuleczalnej chorobie. Zamyka wszystkie doczesne sprawy, przynajmniej do pewnego stopnia... Sucharski zostawia depozyt z dyspozycjami u notariusza. Wszystko jest drobiazgowo przygotowane. Tak, aby nie było wątpliwości, co do okoliczności śmierci. Funkcjonariusze policji obierają zgłoszenie o popełnionym samobójstwie. Na miejscu, znajdują instrukcje dalszego działania od denata. Wszystko wygląda jednoznacznie, ale...

Po kilku dniach u notariusza spotyka się pięć kobiet. Każda z nich nazywa się Natalia Sucharska. Okazuje się, że są siostrami, o czym nie miały zielonego pojęcia. Różni je wiek, sytuacja życiowa, temperament, osobowość. Przed nimi ciężkie chwile. Nagle spada na nie mnóstwo nieprawdopodobnych informacji. Muszą odnaleźć się w nowej przestrzeni Zamieszkują wspólnie w domu swojego ojca, który każdej przelał na konto bankowe milion złotych. To dopiero początek nowości w ich życiu. Śledztwo w sprawie domniemanego samobójstwa trwa, jednemu z policjantów coś się nie podoba... Na światło dzienne wychodzą różne tajemnicze nowości z życia Sucharskiego. Co tak naprawdę się stało?

Po pierwszych stu stronach trochę denerwowało mnie takie kilkakrotne przegadanie każdej kwestii przez siostry Sucharskie. Rozwodziły się nad różnymi głupstwami i bardziej ważnymi sprawami niemiłosiernie. Strony leciały, a akcja książki praktycznie stała w miejscu. To taka typowa babska paplanina. Jednak idealnie pasuje do naszej piątki. Każda z NATALII 5 ma swój specyficzny charakterek, choć w pewien sposób są do siebie bardzo podobne. Wynika z tego wiele przezabawnych sytuacji. Poza tym uczą się siebie nawzajem. Wraz z rozwojem zdarzeń zaczynają tworzyć zgrany zespół Natalii Sucharskich.

Z jednej strony ma się wrażenie, iż powieść Olgi Rudnickiej błędnie została przedstawiona jako kryminał. Na samym początku miałam takie odczucia. Z drugiej, zauważamy specyficzny humor pisarki, który bardzo przypadł mi do gustu. Inteligentne, pełne wdzięku sytuacje rozbawiają ma każdym kroku. A i dreszczyk emocji, tajemnica oraz niewiadoma czają się za rogiem. Połączenie idealne.

Jednym słowem warto poświęcić swój czas na przeczytanie NATALII 5. Kryminał z elementami komedii – kolejność dowolna – to ciekawe rozwiązanie. Na wiosenny wieczór w sam raz! Warto przygotować się na salwy śmiechu i zaskakujące historie.

Olga Rudnicka, NATALII 5, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

piątek, 03 czerwca 2011

Jak zwykle w taki upalny dzień jak dziś, przypomina mi się Krym. Szczególnie górskie wędrówki w pełnym słońcu... Wypijane hektolitry wody, stale w użyciu krem z wysokim filtrem i nieodłączny kapelusik na głowę to stałe punkty każdego dnia...

Mangup-kale to średniowieczne miasto w pobliżu Bakczysaraju leżące na wysokości 584 m n.p.m.. Było największym tego typu miejscem na Krymie. Zbudowano je na płaskowyżu, który był z trzech stron ograniczony urwiskami, a z czwartej strony głębokimi wąwozami. Niektórzy mówią, że ma kształt czteropalczastej dłoni.

Naszą wycieczkę rozpoczynamy w Mangup. Dookoła góry i... zieleń. Taka prawdziwa, soczysta. Zastanawiamy się skąd rośliny czerpią wodę? Przecież tu od dwóch miesięcy nie ma deszczu! Ziemia jest sucha, spękana.

Nie wiadomo skąd pojawiają się dwie osoby i okazuje się, że trzeba kupić bilet. Droga początkowo łagodna, zaczyna dość stromo piąć się w górę. Całe szczęście, że idziemy wśród drzew. Upał choć trochę staje się mniej uciążliwy.

Gdy zaczynamy zbliżać się do szczytu, pojawia się cmentarz karaimski z XV - XVIII wieku. Wielu nagrobków nie ma, większość jest w kiepskim stanie. Te co pozostały wprawiają w chwilę zadumy...

Jesteśmy na górze. Przed nami wspaniały płaskowyż. Co prawda pierwsze odczucia były z nutką zawodu, gdzie to skalne miasto? Gdzie niegdzie leżały sterty skał do tego tabliczka, to już? No nic, idziemy dalej. Cieszymy się widokami i wiatrem, który choć ciepły chłodzi.

To co najlepsze, czeka na nas przy końcu. Okazuje się, że skalne mieszkania są tak skonstruowane, że leżą w skale. Jedno, dwu, czy nawet trzypoziomowe kondygnacje idą w dół ziemi.

Mijamy ruiny fortyfikacji... tu spotkaliśmy starszego pana, który sprawdzał zakupione bilety! Dodam, że turystów było naprawdę niewielu. Właściwie cały czas byliśmy sami.

Czas na drogę powrotną, chcemy zejść inną trasą. Odnajdujemy szlak i ruszamy. Po około pół godziny mamy dziwne wrażenie, że schodzimy w przeciwną stronę. Na razie jesteśmy spokojni. Gdy pojawiają się pierwsze rozwidlenia, na których już nie ma żadnych oznaczeń, robi się ciekawie. Bo którą drogę mamy wybrać? Nasza mapa jest średnio dokładna, o taką tu trudno. Idziemy trochę na czuja, robimy się głodni i trochę nerwowi. Ale trzeba iść, więc zbieramy siły w nogach i dbamy o dobry nastrój. Panika nic nie pomorze. Gdy pojawił się mały konik i na horyzoncie pierwsze zabudowania odetchnęliśmy z ulgą. Zawsze to nie środek lasu, bez żywej duszy. Koniec końców dotarliśmy do punktu wyjścia, schodziliśmy dwa razy dłużej, niż wchodziliśmy. Mimo odrobiny strachu warto było, cudowne krajobrazy. Jezioro na ochłodę było jak znalazł! No i porządna kolacja się należała!

Z powrotem do Bakczysaraju wiąże się pewna historia. W związku z tym, że powrót na dół się przedłużył, nie zdążyliśmy na autobus. Do kwatery 30 km, a tu robi się wieczór, co prawda nie było jeszcze ciemno. Zaczęliśmy iść szosą i łapać stopa. Problem polegał na tym, iż mało samochodów tamtędy jeździło. W końcu zatrzymał się pewien Gruzin. Jego szalona jazda to mało powiedziane. Przy 100km/h na liczniku schylał się, puszczając kierownicę, po zapalniczkę. Trąbił na innych, ale to on zajeżdżał im drogę! Był przy tym bardzo sympatyczny, zagadywał nas. Ja tylko czekałam, aż będziemy u celu.

Online Casino
statystyka