środa, 31 sierpnia 2011

Do przeczytania tej książki skłoniła mnie recenzja Verity. Na tyle mnie zainspirowała, że ustawiłam się grzecznie w bibliotecznej kolejce. Jak się okazało, cieszy się ona sporym zainteresowaniem wśród wrocławskich czytelników. Moje czekanie okazało cenne, nie zawiodłam się.

„Od początku do końca” to przejmująca opowieść pisana na dwa głosy. Olga i Piotr Morawscy tworzą w niej obraz swojego nietuzinkowego życia. Piotr to polski himalaista z wieloma sukcesami na swoim koncie. Olga, no właśnie kim jest Olga?

Piotr podczas swoich górskich wypraw prowadził dziennik, przede wszystkim dla swojej żony. Początkowo był to też obraz jego wielkiej miłości, tęsknoty za Olgą. Zostawała ona na długie miesiące w domu, dzięki tym zapiskom miała lepiej rozumieć świat męża. On zawsze marzył o wydaniu książki. Niestety nie zdążył. Zginął podczas jednej z wypraw, osierocając dwójkę dzieci.

Z jednej strony można napisać, iż tu historia się zaczyna. Historia powstania książki oczywiście. Olga postanawia wydać relacje z wypraw. Między nimi pojawiają się jej zapiski z danego okresu w ich życiu. Pokazuje nam jak to jest żyć z człowiekiem całkowicie pochłoniętym pasją, która jest tylko jego. Nierozerwalnie wiąże się z częstymi nieobecnościami w domu, tęsknotą... Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na żonę, rodzinę, miłość? Czy to da się pogodzić? Są to bardzo trudne sprawy, na które nie ma jednej recepty.

W książce znajdziemy wiele wspaniałych, zapierających dech w piersiach zdjęć. Pozwala to lepiej zrozumieć Piotra, który w górach czuł się wolny jak ptak. Im bardziej wpatrywałam się w fotografie, tym mocniej docierała do mnie magia gór, ośnieżonych i niedostępnych szczytów. Choć z drugiej strony uświadamiamy sobie czytając, że to jest żywioł, że nie wszystko zależy od nas...

To wzruszająca i pouczająca powieść, w której nie brakuje silnych emocji. Myślę, że jest dla każdego, kto kocha góry i ma pasje...

środa, 24 sierpnia 2011

Dźwięki, których nie ma w realnym świecie. Choć nie oznacza, iż są niemożliwe do usłyszenia. Powstają gdzieś w środku i tam pozostają. Nie wiadomo skąd i dlaczego przyszły?

Z głuchotą czuciowo-nerwową zmaga się główna bohaterka powieści „Miłość na Marginesie”. Pewnego dnia zaczyna słyszeć flet, choć ma pewność, że takiego instrumentu nie znajdzie w swoim otoczeniu. Nic nie dzieje się bez przyczyny, powiedziałby każdy. I w tym przypadku nie jest inaczej. Yoko Ogawa przedstawia nam 24 letnią, młodą dziewczynę, którą dopiero co rzucił mąż. Niebawem po tym wydarzeniu pojawiają się różne dźwięki. Leczenie jest długie, żmudne i trudne. Dziewczyna spędza wiele samotnych godzin w klinice laryngologicznej.

Pewne wydawnictwo prowadzi magazyn o zdrowiu, tym razem poruszanym tematem ma być głuchota czuciowo-nerwowa. Pacjenci opowiadają o swoich przeżyciach, a wszystko zapisuje Y – stenograf. W ten sposób doszło do ich pierwszego spotkania. Dziewczyna nie widzi dobrze postaci, ale ulega fascynacji jego palcami. Można by rzec – tu wszystko się zaczęło. Splot różnych zdarzeń doprowadza do tego, iż spotykają się co raz częściej.

Zawsze towarzyszy im ryza czystego papieru, niebieski długopis oraz spokój... Ten ostatni cały czas unosi się między kartami książki. Jest kojący. Nie ma nic wspólnego z nudą. Wspólnie zagłębiają się w jej życie, a tworząca się między nimi więź, wydaje się magiczna. Żeglują przez wspomnienia, a cichym świadkiem jest powoli zapełniający się papier. W którą stronę popłyną?

Z pozoru prosta historia zauracza. Sprawia, że nie ma się ochoty przerywać czytania. Przy końcu kiedy wszystko się wyjaśnia, nie mogłam powiedzieć „a nie mówiłam”. Myślę, że to przyjemne uczucie dla każdego czytelnika. Cóż to za przyjemność znać rozwiązanie, zakończenie literackiej historii?

Yoko Ogawa pięknie pisze o wspomnieniach, o ich mocy i znaczeniu dla każdego człowieka. Według mnie stąd mógł się wziąć brak imion głównych postaci. Poza tym język, którym posługuje się autorka jest lekki, jakby unoszący się w powietrzu. Ciężko to opisać słowami...

Mimo, iż nie znajdziemy tu mocnych wrażeń, nie wieje nudą. Książka idealnie nadaje się na deszczowe popołudnie. Przy pysznej herbacie z chęcią zanurzałam się w świat japońskiej pisarki. Sama przyjemność!

Miłość na Marginesie, Ogawa Yoko, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Bornholm to niewielka duńska wyspa położona na morzu bałtyckim. Taka niepozorna, a tak różnorodna... To przede wszystkim lasy, morze, skały, pola, wędzone ryby, urocze kolorowe domy i kościoły rotundy. Na pierwszym miejscu są dla mnie ścieżki rowerowe, pierwszy raz widziałam tak ich gęstą, dobrze przygotowaną i świetnie oznaczoną sieć! W przewodnikach nie koloryzują, pisząc, iż to raj dla rowerzystów.

Bez problemu dostaniemy się na nią promem, co ma swoje zalety. Po pierwsze stosunkowo niewielki koszt podróży, a po drugie dodatkowa atrakcja. My korzystaliśmy z kołobrzeskiej przeprawy promowej. Świetna obsługa, to niewątpliwie zaleta, mimo skromnego katamaranu. W drodze na wyspę rejs przebiegał bezproblemowo, jeśli chodzi o chorobę morską. O powrocie już tego nie można powiedzieć. Wiało 5-6 w skali Buforta (sporo, mały sztorm) i ¾ pasażerów odczuwała skutki silnego bujania, błędniki nie wytrzymywały. Nasza ekipa trzymała się na szczęście dzielnie. Całe 4,5 godziny spędziliśmy na dworze, na rufie promu. Pozwoliło to nam utrzymać żołądki w ryzach, hehe ;).

Moje pierwsze skojarzenia z tą wyspą po powrocie to przede wszystkim górki, podjazdy i czasem szybka jazda w dół, która ponownie szybko zamieniała się w powolne pedałowanie. Nie byłam na to przygotowana, na co dzień preferuję raczej płaskie tereny. A tu taka niespodzianka! Jednak szybko nauczyłam się odpowiednio ustawiać przerzutki w rowerze i stromizny nie były aż taką udręką. Poza tym nagrodą były... wiśnie! Tak, tak na wyspie ich nie brakuje, drzewka uginają się od owoców :D! Gdy sił brakowało, stawały się wspaniałym napędem – soczyste, słodkie, od razu więcej sił. O innych zachętach w kolejnym poście.

Dodatkowym obciążeniem były sakwy. To pierwszy raz, kiedy z nich korzystałam. Odczuwalne były w sumie tylko na górkach, czyli dość często, hehe. Bez problemu można się spakować, mały namiot i śpiwór również się zmieści. To daje niesamowite poczucie niezależności od miejsca noclegu. Cały czas się przemieszczaliśmy, tam gdzie mieliśmy ochotę...

Gęsta sieć tras rowerowych pozwalała na sporo manewrów, łącznie mamy ich 235 km. Ilość kilometrów nie wydaje się imponująca, lecz jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że duża część wyspy to pagórki, odczuwalne odległości są znacznie większe. Jedną trzecią z nich zbudowano na zlikwidowanych trasach kolejowych – wyasfaltowane i wolne od samochodów, czego chcieć więcej? Reszta biegnie wzdłuż dróg ( jednak ruch samochodowy jest na tyle mały, że właściwie nieodczuwalny) lub lasami. Większość jest pokryta asfaltem, wygoda ogromna – zwłaszcza gdy rower mamy obciążony bagażem.

Odnalezienie ścieżek nie stanowi problemu – ciemnozielone tablice w kierunkami i odległościami są wszędzie. Do tego w większości miasteczek, gdzie znajdują się centra informacji turystycznej, możemy bezpłatnie pobrać mapy i przewodniki (również w języku polskim). Nie sposób się zgubić!

Online Casino
statystyka