czwartek, 29 września 2011

Camilla Läckberg po raz kolejny umożliwia nam spotkanie z Patrikiem i Eriką. Również i tym razem fabuła kryminalna jest skonstruowana w podobny sposób – zdarzenia z przeszłości w nierozerwalnie, lecz tajemniczo wiążą się z teraźniejszością.

Ci co czytali poprzednie części pamiętają, iż Erika nie miała dobrych kontaktów z matką. Kobieta była chłodna, nie okazywała uczuć swoim córkom. Nasza główna bohaterka w dalszym ciągu nie potrafi się z tym pogodzić, zrozumieć. Czuje, iż coś musi za tym stać... Poza tym na strychu znajduje pamiętniki i parę innych zastanawiających przedmiotów. W między czasie we Fjällbackce zostaje popełnione morderstwo. Patrik mimo, iż jest na urlopie wychowawczym z ich córeczką Mają, nie potrafi w pełni się odseparować od śledztwa. Kolegom z komisariatu brakuje wprawnego i błyskotliwego policjanta. Co na to Erika, gdy dowie się, iż zabiera ze sobą Maję?

W miarę upływu akcji książki pojawia się co raz to więcej nowych faktów, lecz również liczba niewiadomych rośnie. Co łączy morderstwo sprzed 60-ciu lat z obecnym? I co z tym wszystkim ma wspólnego mama Eriki i Anny ?

Autorka i w tej książce porusza kilka wątków tak zwanych obyczajowych. Mowa tu o roli ojca w wychowaniu dziecka. Jak to jest widziane, gdy na urlopie wychowawczym wykazuje się również tata. Moje jedno z ulubionych literackich małżeństw nieźle sobie z tym radzi. Widać, iż nawzajem chcą siebie wspierać, choć nie wszystko od razu wychodzi. Kolejny aspekt to posiadanie dziecka przez parę homoseksualną. Nie jest ta kwestia mocno rozwinięta, ale się pojawia i zaskakuje. Szczególnie odnośnie jednego z policjantów...

Nie podoba mi się, iż wydawnictwo niepotrzebnie zwiększa rozmiary książki. Grube kartki, spore marginesy, duża czcionka doprowadzają, iż powieść jest grubym tomiskiem. Jest to dla mnie o tyle niewygodne, iż bardzo dużo czytam w komunikacji miejskiej. Nie wspominając już o marnowaniu papieru, na które jestem bardzo wyczulona.

Książkę czytało mi się dobrze. Sagę Camilli Läckberg bardzo polubiłam, choć nie mogę czytać jej książek jedna po drugiej. Pisarka stosuje podobne rozwiązania i sposób prowadzenia wątków. To co mnie drażniło w poprzednich, jest i tu. Dlatego przerwa, w moim przypadku, jest jak najbardziej wskazana. Na "Syrenkę" przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać w bibliotecznej kolejce.

środa, 28 września 2011

Jeszcze niedawno wyjazd do Włoch, wydawał się takim ogromnym zaskoczeniem, taki nierealny. Słoneczna Toskania to prezent rocznicowy... Z. zdecydował, ja się ochoczo zgodziłam i ruszyliśmy! Takie prezenty wyjazdowe są dla mnie, dla nas najpiękniejsze... I tym razem przywieźliśmy worek wspaniałych wspomnień, zachwytów, emocji.

Dziś jeszcze nie mam ochoty na typowy powyjazdowy wpis. Za dużo jeszcze tego wypadu we mnie. Szczęścia, że był i smutku, że się skończył. Zamykam oczy i momentalnie przenoszę się w zabytkową Florencję, urocze San Gimignano z widokiem na toskańskie wzgórza, Siene z ciekawym rynkiem... Ten region Włoch nie rozczarował nas. Wręcz przeciwnie - oczarował... Nie raz przystawaliśmy z zachwytu. Choć na co dzień wolimy spędzać czas na łonie natury, tu mieliśmy ochotę na zabytki! Z zainteresowaniem czytaliśmy w przewodniku o odwiedzanych miejscach. Wiele ciekawych rzeczy się dowiedzieliśmy, na które zwykle nie starcza nam sił, czy chęci.

Gdy jestem w miejscu, które szczególnie mi się podoba, przychodzą do mnie czasem myśli... to znaczy chłonąc daną chwilę, widok wiem, że to wszystko jest ulotne i pryśnie jak bańka mydlana. I wyobrażam sobie jak to będzie wspominać, oglądać zdjęcia. Wspomnienia zamknięte w fotografiach przypominają tylko o zdarzeniach, wszystko jest gdzieś w środku... dociera wówczas mocno, że „Wszystko co piękne jest przemija” jak śpiewa Turnau. Takie refleksje na szczęście pojawiają się na krótko i pozwalają się cieszyć chwilą :)). Bo przecież jak śpiewa w innej piosence "Znów wędrujemy"... i to chodzi. :))

Dziś siedzę przed ekranem komputera, z przeziębieniem jesiennym i przeglądam zdjęcia. Z jednej strony te obrazy wydają się takie odległe w czasie, a z drugiej tak bliskie – przecież dopiero wróciliśmy!

Czy szkolna przyjaźń przetrwa próbę czasu, kłopotów i dorastania? Większość z nas zadaje sobie te pytania, mając nadzieję na pozytywną odpowiedź. Gdzie właściwie szukamy bratniej duszy, jak nie w szkolnej ławie. Mamy swoje sekrety, radości i smutki. Czy jednak w dorosłym życiu, tak bardzo różniącym się od dzieciństwa, dalej możemy ufać tym osobom?

Myślę, że podobne wątpliwości mają główne bohaterki powieści Nancy Thayer, Lexi i Clare. Znają się od małego. Spędzały mnóstwo czasu ze sobą na malowniczej wyspie Nantucket. Szkolne problemy, pierwsze miłości i dalekosiężne plany wymagają wyjątkowej oprawy. Stąd narodził się pomysł na nazwę plaży, na której przebywały wiele razy. To miało być tylko ich, sekretne miejsce.

Życie płynęło, one dorastały... Nie wszystko było już takie proste. Pewne wydarzenia doprowadziły do poważnej kłótni, w której padły słowa z tych niewybaczalnych. Każda od tamtej pory poszła w swoją, inną stronę... Po latach przyjdzie im się spotkać. Czy da się naprawić jeszcze tę relację? Czy przez wzgląd na dawne uczucia „Powrót do domu” będzie możliwy?

Książka Nancy Thayer zapowiadała się na sympatyczną obyczajówkę, poruszającą istotne kwestie w życiu każdego człowieka. Jest napisana niezłym, prostym i przemawiającym językiem. Jednak, mimo dobrze rokującego początku powieści zawiodłam się. Fabuła jest to bólu przewidywalna. To męczy, mnie jako czytelnika. Bardzo nie lubię, gdy domyślam się większości poczynań bohaterów. Co to za przyjemność znać ich każdy krok, bez nutki zaskoczenia?

W mojej prywatnej ocenie książkę oceniam jako przeciętną. Może oczekiwałam czegoś ambitniejszego? Myślę, że mogłaby się spodobać komuś, kto ma ochotę na przeczytanie czegoś, nie wymagającego myślenia. To po prostu przyjemne czytadło na popołudnie. Niestety niewiele więcej.

Powrót do domu, Nancy Thayer, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

Online Casino
statystyka