sobota, 24 października 2009

Szukając miejsca na podróż poślubną, mieliśmy na uwadze przede wszystkim to, aby było to coś nowego – zupełnie innego niż mamy na co dzień. Biorąc pod uwagę różne czynniki – ograniczony czas, fundusze i chęć złapania promieni słonecznych wybór padł na Grecję. Oboje nie widzieliśmy tej krainy, mam na myśli tu kraje śródziemnomorskie. Jako, że ma mnóstwo wysp i wysepek, decyzja nie była prosta. Początkowo myśleliśmy o Krecie, jako o największej z wysp z zachowaną kulturą antyczną. Zaczęliśmy czytać przewodniki, relacje innych z podróży i właściwie pozostało wybranie przelotu i noclegu. Samolot miał być dodatkową atrakcją – Z. nigdy na latał ;) . Przeglądając setki ofert w Internecie, przypadkiem natrafiliśmy na ciekawą stronkę ludzi opisujących swój pobyt na Korfu. Co raz bardziej zaintrygowani dokopywaliśmy się do nowych informacji o tym miejscu. Spełniało ono nasze wyobrażenia o pobycie – cisza, przyroda, przyjemne zakątki, ciepło ( ale nie upalnie!), morze i góry. Raz kozie śmierć i jedziemy! Zdecydowaliśmy się na miejscowość Agios Georgios Pagi w północnej części wyspy. Trafiliśmy w końcu do tego samego pokoju, co twórcy ww. strony, hihi.


Na następny dzień po ślubie wyruszyliśmy. Naszą wyprawę załatwialiśmy na ostatnia chwilę- zamieszania mnóstwo – inaczej chyba nie umiemy, hihi. Lot sympatyczny, zdziwiliśmy się podaniem przed obsługę posiłku. W Ryanair to się nie zdarza! Lądowanie było w Kerkyra – stolicy wyspy. Musieliśmy jeszcze dojechać do naszej mieściny. Położyliśmy się dopiero koło trzeciej nad ranem... Miłym zaskoczeniem był widok na zatokę z balkonu (50 m od plaży) i szum morza, który ukołysał nas do snu po jednak męczącej podróży. Poranek, właściwie południe, bardzo przyjemny. Przede wszystkim ciepły – ok. 25 stopni. Nad wyspą cały czas obecne lekkie chmury przynosiły wiatr, który sprawiał, że nie czuło się gorąca. Dużych upałów nie lubimy – uniemożliwiają chodzenie i zwiedzanie okolicy.

Zatoka - Agios Georgios Pagi

Zatoka - okolica Paleokastristy

W następnych postach opiszę najciekawsze miejsca. Nie da się tego zrobić za jednym razem i czas mi na to nie pozwala. Chciałabym uwiecznić nasze wspomnienia w formie słowa pisanego, by się nie ulotniły. Wiadomo, pamięć zawodzi, choć najważniejsze i tak mam ciągle pod powiekami. Jesteśmy bardzo zadowoleni z wyjazdu, był naprawdę strzałem w dziesiątkę. Wreszcie nikt nam nie zawracał głowy, cały czas dla siebie. Wczuliśmy się w grecki klimat, szczególnie w jedno powiedzonko – siga, siga – co oznacza powoli, powoli. Nigdzie się nie śpiesząc, delektowaliśmy się cudną okolicą. Spróbowaliśmy różnych ciekawych smakołyków, choć nie obyło się bez przygód. Korfu to najbardziej zielona z wysp. Porośnięta gajami oliwnymi i cyprysami, roznosi przyjemną woń... Do tego jest górzysta, co było dla nas „smacznym kąskiem”. Grecy wydali nam się sympatycznymi i pomocnymi ludźmi. Uwagę zwróciła ich znajomość angielskiego i to ludzi w każdym wieku. W wielu sytuacjach spotkaliśmy się z życzliwością i uśmiechem. Na pewno symbolem są... SKUTERY! Jest ich pełno wszędzie. Grecy śmigają pod krętych i wąskich drogach bez kasków! Nie przestrzegając przy tym zbytnio przepisów drogowych. Ach ta beztroska i pyszna kawa frapee...

***

środa, 14 października 2009

W blogosferze zauważyłam jedno charakterystyczne określenie, a mianowicie STOSIK.  Nikomu nic nie trzeba tłumaczyć i każdy wie o co chodzi:)) Na sugiestię Kota_w_butach, zamieszczam i swój. Właściwie jest ze trzy razy większy, ale książek farmaceutycznych nie dopuszczam! Wystarczy, iż cały czas łypią na mnie wzrokiem :p Czas na przyjemne:

Eric-Emmanuel Schmitt Tektonika uczuć Bardzo lubię tego pisarza, byłam nawet na spotkaniu autorskim poświęconym "Małym zbrodniom małżeńskim". Jestem ciekawa kolejnej... Urzeka mnie prostota i piekny język. Historie z pozoru banalne,a niosą przesłanie... Największe wrażenie zrobił " Oskar..." - kto czytał, ten wie.

J. Wiśniewski S@motność w sieci Sięgnełam po nią ze względu na film, zobaczymy jak będzie...

D. Amaral Kiedy Salazar spał Wczorajszy nabytek z biblioteki, bez powodu. Zaintrygowała mnie okładka i opis.

E. Zola Nana "Germinal" wstrząsnął mną. Wspaniale przedstawiony naturalizm w kopalni węgla. Przeczytałam ją jeszczew liceum. Autor świetnie przedstawia ówczesne czasy... Tu ma być w Paryżu, mieście, które (póki co literacko) mnie fascynuje...

Hislop Wyspa Gdy jadę do innego państwa, sprawia mi dużą frajdę przeczytanie książki z akcją toczącą się w danym miejscu. Taka fanaberia:) Później próbuje odszukać ślady fikcji w rzeczywistości... Planując podróż poślubną myśleliśmy o Krecie, stąd "Wyspa". Plany się zmieniły, a książka została. Co prawda jeszcze nie przeczytana...

Wszystko przede mną:))

czwartek, 08 października 2009

Zawsze ciężko przerzucić mi się z trybu wakacje, wolne na uczelnia pełna parą. Po prostu nie da się tak zupełnie bezboleśnie! Szybko minęło zmęczenie po organicznych bojach, w błogości nie robienia "uczelnianego" zaległam, szkoda, że nie na dobre;) Wczoraj nie było siły, by mnie wypchnęła o poranku na wykład z biochemii. Ciepełko łóżka bezkonkurencyjnie wygrało chwilową batalię w mojej mózgowinie. Nie byłoby w tym nic złego ( nic się jeszcze nie stało od opuszczonego jednego wykładziku) , ale znam siebie i moją niechęć do wstawania o poranku. Już widzę oczyma wyobraźni, jak odpuszczam resztę, haha. W tym roku ABSOLUTNIE tak być nie może. Zapowiada się ciężki rok, z wykładówkami co tydzień i innymi przyjemnościami. Systematyczność sprawi, że przejdę go możliwie bezboleśnie. A słowo na „S” nie pasuje do mnie... Przymuszona zrobię wiele, ale żeby tak z własnej woli? :P

Wróciwszy dziś z zajęć ( tak, tak wstałam dzielnie na 8!) padałam na mordkę. Kroiło się grupowe wyjście, ale mi brak weny. Zmęczenie wzieło górę. Ślubny wybył i otworzyło się idealne pole do „zakopania” w pieleszach z herbatką i książką. Mimo złowieszczo spoglądających farmakognozji, chemii leków i innych uśmiechał się osobisty stosik. Taki też jeszcze posiadam! A, co! Bez przesady nauka, nie zając;) Zresztą nadgorliwość gorsza od...

czwartek, 01 października 2009

Zaczęło się od rana, a właściwie już w nocy - stresik przedślubny mnie złapał! Nie spodziewałam się tego, szczególnie, że wcześniej podchodziłam do NASZEGO DNIA dość spokojnie, po prostu z radością. A tu czuję ścisk w żołądku, zimne dłonie i ogólne rozkołatanie. Myśli niespokojne krążyły wciąż wokół tych samych kwestii : jak będę wyglądać – czy tak jak sobie zaplanowałam ( ach ta próżność ), czy nie potknę się po drodze ( w moim wykonaniu to możliwe :p ), czy będę w stanie zapamiętać słowa przysięgi wypowiadane przez urzędniczkę, czy je będę w stanie wypowiedzieć, czy uda mi się założyć obrączkę na właściwy palec i czy w międzyczasie nie spadnie mi na podłogę... Takich „czy” było naprawdę mnóstwo. Poważnych i bardziej absurdalnych. Racjonalizm nie miał tu wiele do gadania. Emocje zaczęły brać górę. Tą ostatnią noc w panieńskim stanie spędziłam na rodzinnym łonie tzn. u mamusi i tatusia. U nas gościli najbliżsi Z. .

O dwunastej miałam umówionego fryzjera, pierwszy raz w życiu! Zazwyczaj po prostu wpadam i już. Zdecydowałam się na loki, zupełnie coś innego, niż na co dzień. Mam proste włosy i chciałam małej odmiany. Z efektu byłam zadowolona, dobrze się czułam w nowym wizerunku. O bukieciku zapomniałam, więc trzeba było załatwić kwiaciarnię. Na szczęście obyło się bez problemów i panie stworzyły naprawdę uroczy bukiecik z bordowych róż, co pasowało do moich okularów, hehe. Nawet nie sądziłam, że nad takimi szczegółami będę się zastanawiać. Wszystko zaczęło nabierać konkretnego kształtu, troszkę się uspokoiłam. Choć meliskę jeszcze wypiłam. W domu co raz większy ruch. Wszyscy wyciągają swoje odświętne stroje, w łazience pojawia się tłok. Przyjechał ukochany, trochę za wcześnie, ale nie mógł już wysiedzieć. Ja w międzyczasie odziałam się i już w pełnej okazałości zobaczył mnie Z., sądząc po minie podobałam mu się – nic nie mógł powiedzieć :D

Pogoda piękna - ciepły, słoneczny wrześniowy dzień. Przed urzędem już kręciło się parę osób... Powoli zapełniała się sala, wśród nich najbliżsi – rodzina i przyjaciele. Osoby, które mają dla nas szczególne znaczenie, a nie sztuczne zapraszanie na zasadzie „bo tak wypada”. Ukochani świadkowie wspierali, uśmiechem rozładowywali napięcie. No i w końcu nadszedł moment wejścia, przy dźwiękach muzyki zajęliśmy miejsce w sali ślubów... Dreszcze. Urzędniczka wszystko sympatycznie poprowadziła. Ciepła mowa o rodzinie, małżeństwie, miłości – niekoniecznie zimno, urzędowo. Oczka stały się szkliste. Czuliśmy o właściwej porze na właściwym miejscu... Przekonani raz jeszcze, iż chcemy spędzić ze sobą resztę życia... Przy wspólnym nazwisku, tworząc rodzinę... Gdy doszło do przysięgi Z. spoważniał i z drżącym głosem dzielnie powtarzał słowa, bez zająknięcia. Ja zaczęłam tracić głos, łzy napłynęły do oczu, po pojedynczych wyrażeniach dobrnęłam końca... Teraz obrączki, Z. bezproblemowo – ja zapomniałam z wrażenia, który miał to być palec :) ! Pocałowaliśmy się i szampanem ze wszystkimi uczciliśmy TEN dzień. Przy wyjściu z budynku „zaatakował” nas ryżowy deszcz. W blasku słońca czuliśmy ogromną radość...

Po wielu wrażeniach, dopadł wszystkich głód :) Mieliśmy zamówioną obiadokolację w kameralnej brazylijskiej restauracji. W ścisłym już gronie , 20 osób, udalismy się spacerkiem przez rynek. Uczta wyborna! Wszystko zostało przygotowane według naszych wskazówek. Przy winie, wódeczce i pysznym jedzonku delektowaliśmy się naszym świętem...

Online Casino
statystyka