niedziela, 20 maja 2012

Uwielbiam zapach mokrej ziemi, takiej po deszczu. Najlepiej, by potem zaświeciło słońce. Zamykam oczy… Podobne doznania mam na… balkonie. O tak, ciepłe dni sprzyjają czytaniu, picu herbaty i rozmowom na świeżym powietrzu. śniadanie w promykach słońca dodaje energii na cały dzień. W tym roku bez specjalnych szaleństw kwiatowych, jak na przykład było wtedy. Z różnych powodów. Maciejka musi jednak być. Słodko-mdlący zapach pojawia w godzinach wieczornych. Wtedy już wiem, że do lata co raz bliżej. Przyjemnie snuć plany…

Nawet nie wiem, kiedy minął miesiąc od mojej ostatniej wizyty tu. Czas znów leci jak szalony i nie chce się zatrzymać. Jeszcze trochę, 2-3 tygodnie i będę mogła łapać trochę oddechu.

Dziś piękny dzień. Czas na małą przejażdżkę rowerową musi się znaleźć! Muszę wykorzystywać chwile z moim Mustangiem, na wakacje będzie mała separacja ;). Cel dziś kolorowy. Właśnie oglądałam zdjęcia na stronie gazety i Ogród Japoński wzywa. Popatrzcie sami.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Atrakcja turystyczna, tak przeważnie sprawdzam, co ciekawego można zobaczyć w regionie, do którego się wybieram. Jest cel podróży. Coś do zobaczenia, oko i dusza się pocieszy. A i zdjęcia oczywiście zrobić można. Te ostatnie co raz rzadziej robię. Mam mieszane uczucia, jaki jest ich sens. Tak naprawdę liczy się, to co w środku zostaje. Choć ładne migawki zdarzeń miło potem oglądać. Ale ja nie o tym dziś.

Bardzo lubię okolice Milicza wraz z jego wspaniałymi stawami. Co raz ostatnio więcej o nich w mediach. Starają się zrobić z tego miejsca tytułową atrakcję turystyczną wraz z całym zapleczem. Wiadomo, jeśli więcej osób będzie przyjeżdżać, to i gastronomia stanie się niezbędna. Z jednej strony cieszę się. A z drugiej … czy nadal rowerowanie w tych okolicach będzie tak przyjemne, jak dotychczas? Puste lasy, przyzwoite ścieżki i orkiestra natury? Jeśli ktoś ma ochotę na kajaki, to i wypożyczalnia się znajdzie. Trochę brakuje tam miejsc, gdzie można coś zjeść, odpocząć. Tak naprawdę wałówkę to i sama mogę zabrać. Nie jest to meritum, choć jadać w różnych miejscach lubię. Za cenę spokoju, o wszystkim mogę pomyśleć przed wyjazdem.

Z innej strony, mam wrażenie, że wszyscy szczerze zainteresowani spędzaniem tam swojego wolnego czasu, orientują się co, gdzie i jak. Nie potrzebują informacji turystycznych, czy kampanii reklamowej. Boję się, że zaczną tam przyjeżdżać ludzie przypadkowi, którzy nie potrafią szanować przyrody… Choć może tak nie będzie, chichą mam nadzieję.

Czuję się rozdarta w kwestii zachęcana ludzi do odwiedzania różnych miejsc. Dzięki temu nie raz sama się o czymś dowiedziałam. Nie raz też moje ukochane miejsca traciły na uroku… Kiedyś byłam zachwycona, jak wiele folderów, mapek można dostać w IT. Czy jednak wszystko musi być podane na tacy? Dziś inaczej do tego podchodzę, co nie znaczy, że nigdy nie korzystam. Optymalnego rozwiązania chyba nie ma…

niedziela, 15 kwietnia 2012

Sporo ostatnio na rynku wydawniczym książek podróżniczych. Co ma do zaoferowania kolejna? Następny szalony pomysł młodych ludzi na nieszablonowe wakacje? A może wyprawa tylko z plecakiem w jakieś egzotyczne miejsce? Grunt, by dziwnie brzmiało.

Miałam mieszane uczucia, sięgając po tę książkę. Gdy boom na tego typu pozycje dopiero się zaczynał, moje oko było zdecydowanie mniej krytyczne. Najważniejsze, że autor zabierał nas w literacką podróż w nieznane. Do tego barwne fotografie i już czytelnik był usatysfakcjonowany. Wiadomo, że mając pewne obycie w danej dziedzinie, nie podchodzi się do sprawy już tak entuzjastycznie. Szczególnie, że zdarzało mi się trafić na różne chłamy.

„Dosięgnąć horyzontu, czyli motocyklem przez świat.” – takiej opcji jeszcze nie było. Przynajmniej ja nie dotarłam. Tym bardziej mnie to zaintrygowało, że autor, nie twierdził, iż podróż jest właściwie bez kosztowa. O czym wielu pisze, a ja mam w tej kwestii spore wątpliwości.

Jesteśmy świadkami jak Dariusz Oskroba pokonuje wraz z przyjacielem kolejne kilometry na motorach. Przed nimi Australia, Tanzania, Indonezja, Malezja, Tajlandia, Indie, Pakistan, Iran oraz Turcja. Nie zawsze drogi to piękny, gładki asfalt. Raczej to rarytas. Również przewożenie maszyn między wyspami bywa stresujące i intrygujące.

Najciekawsze są jednak spotkania z ludźmi. Niezależnie od tego jaki kraj odwiedzają. Nowością nie jest, że tylko w ten sposób można się czegoś dowiedzieć o danym regiony. To z ludzkich serc płynie szczera prawda. Dariusz Oskroba nie boi się wyrażać własnych myśli. Jak mu się coś nie podoba, to nie podoba i koniec. Nawet jeśli pisze o sztandarowych punktach turystycznych. Jednych to może denerwować, mi bardzo się podobało. Nawet jeśli się nie zgadzałam. Dzięki temu nie uzyskujemy lukrowanej powiastki, tylko subiektywny zapis pewnych zdarzeń.

Szczególnie bliskie były mi słowa autora :„Czasem niektórych miejscach (…) odpływam. Włącza mi się film, niekiedy z dźwiękiem, nawet czuję zapachy. Włącza mi się projekcja życia tego miejsca przed setkami lat. Słyszę rżenie koni i stuk młotów w kuźni, widzę ludzi kręcących się za swoimi sprawami i pokrzykujących przekupniów.” . Sama uwielbiam wyobrażać sobie, jak ludzie żyli w danym miejscu.

Dariusz Oskroba raczy nas wieloma wstawkami historycznymi. Czasem mnie to męczyło. Sam autor podkreśla, że ma zapędy nauczycielskie. Na szczęście musu nie ma i można niektóre fragmenty wedle uznania ominąć.

„Dosięgnąć horyzontu, czyli motocyklem przez świat.” to też wiele pięknych zdjęć. Najważniejsze, że są podpisane! O tym wielu zapomina. Przecież jak się nie zna jakiegoś miejsca, wówczas mamy niewielki pożytek, nawet z najwspanialszej fotografii.

Szczerze polecam motocyklową przygodę. Czyta się dobrze, choć mi dopiero po paru stronach. Warto poświęcić swój czas na tę szczerą, czasem do bólu opowieść. Niejednokrotnie oczy otwierają się szerzej ze zdumienia… Na koniec było mi nawet trochę smutno, iż zamykam książkę. O czymś to świadczy…

Dosięgnąć horyzontu, czyli motocyklem przez świat., Dariusz Oskroba, Zysk i S-ka, Poznań 2012.

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

sobota, 31 marca 2012

Zanzibar, brzmi egzotycznie i wakacyjnie. Choć na pierwszy rzut nie mam więcej skojarzeń z tym krajem. Tym bardziej miałam ochotę na zapoznanie się z tą książką.

Oczekiwań dużych nie miałam, gdyż jest ona niewielkich rozmiarów. Ale kto wie? Pozory czasem mylą. Pewnie wielu pamięta program Martyny Wojciechowskiej „Kobieta na krańcu świata”, gdzie odwiedzała ona mniej lub bardziej znane kraje i poznawała sytuację kobiet. Całkiem ciekawy cykl. Powstała wówczas książka o takich samym tytule, wydana w dwóch tomach. Tym razem mamy do czynienia z małą książeczką, tylko o Zazinbarze. Również oparta na programie telewizyjnym.

Mam bardzo mieszane uczucia po przeczytaniu tej opowiastki, inaczej chyba nie mogę jej nazwać. Na samym początku Martyna Wojciechowska raczy nas przewodnikowymi informacjami o Zanzibarze. Z jednej strony są ciekawe, a z drugiej… No właśnie gdybym poszukiwała takich danych, sięgnęłabym po odpowiednią pozycję. Pojawia się pytanie po co są?

Po czym poznajemy rodzinę, typową dla tamtego rejonu – poligamiczną. Razem z Martyną zaglądamy im do domów, przysłowiowych garów. Widzimy jak pracują i jak zrobić, by nic nie zrobić. Kto właściwie jest głową rodziny? Czy obie żony tego samego mężczyzny są o siebie zazdrosne? Jakie mają marzenia? Ich życie jest w interesujący i wciągający sposób przedstawione przez autorkę. Ma zdecydowanie lekkie pióro. Wszystko pięknie, ale…

Według mnie temat został zbyt płytko, lakonicznie potraktowany. Chętnie bliżej bym się temu przyjrzała. Pewnie nie taki cel był tej książki. Tylko właściwie jaki? Napisać parę słów, wstawić piękne zdjęcia i sprawa załatwiona? Czułam się trochę jakbym czytała reportaż w gazecie, wtedy właściwie nie miałabym zastrzeżeń. A jednak mamy do czynienia z książeczką i dopiskiem z tyłu na okładce: tanie czytanie. Cena wcale nie wydaje mi się niska, za to kieszonkowe wydanie.

Mimo całej sympatii do Martyny Wojciechowskiej zawiodłam się. Od książek oczekuję czegoś więcej, niż godzinnej przyjemności. Z czego jedna trzecia to zdjęcia. Fakt, wspaniałe, kolorowe, egzotyczne. Owszem nie męczyłam się w trakcie czytania, było zajmująco. Tylko dlaczego tekstu tak mało?

Zanzibar, Martyna Wojciechowska, National Geographic, Warszawa 2012

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

czwartek, 08 marca 2012

...niespodziewany wyjazd w góry na wydłużony weekend. Trzeba wszystko odłożyć na bok i odetchnąć świeżym powietrzem. Ostatnie dni ciężkie i zabiegane. Nie ogarniam już kiedy z i kim, hehe. Na prawdę relaks jest mi potrzebny. Szusy i spacery idealnie się do tego nadają :).

piątek, 02 marca 2012

Marzenie o posiadaniu dziecka. To temat numer jeden wśród wielu par. Los nie zawsze jest łaskawy. Droga ku macierzyństwu i tacierzyństwu może być kręta, wyboista… Jodi Picoult jak zwykle porusza trudne i bolesne problemy w swojej nowej książce. Czy sprosta zadaniu?

Myślę, że nie jest łatwo mówić i pisać o porażkach przy staraniu się o potomka. W naszym społeczeństwie panuje tabu. Czytając książkę można stwierdzić, iż nie tylko w naszym. Temat osobiście mnie nie dotyczy. Jednak pewnie każdy ma w swoim otoczeniu pary, starające się bezskutecznie o dziecko. Często nie wiemy jak się zachować. Wynika to z niewiedzy, chęci nieurażenia… Poza tym sami przyszli rodzice zamykają się w swoim świecie. Jodi Picoult pokazuje ich społeczną izolację, problemy finansowe i frustrację, gdy w otoczeniu pojawia się szczęśliwa, klasyczna rodzina.

Nie będzie tu jednak mowy o długotrwałych staraniach, przynajmniej nie jako wątek dominujący. Sporo się dowiemy, co przechodzili podczas wszystkich prób. Zoe i Max po kolejnej zakończonej tragedią ciąży, rozstają się. Związek nie przetrzymał próby czasu i komplikacji, jakie przyniosło im życie. Każde z nich wkracza na zupełnie inną i odmienną ścieżkę… Czy odnajdą szczęście i ukojenie?

Jak zwykle u tej autorki poznajemy myśli bohaterów za sprawą narracji zarówno Zoe, jak i Maxa. Pomaga to wczuć się w klimat i specyfikę książki. „Tam gdzie Ty’ momentami jest dla mnie zbyt teatralna. Huczy od emocji. Co jednej strony jest zrozumiałe, lecz z drugiej czasem wymowniejsza i bardziej dosadna jest cisza, przemilczenie, niedopowiedzenie… Tu wszystko dostajemy na tacy.

Jodi Picoult porusza tu wiele kontrowersyjnych i trudnych aspektów ludzkiego życia. Począwszy o problemach z płodnością, śmierci dziecka, skrajną religijnością, depresją u nastolatków, a skończywszy na miłości homoseksualnej. Każdy z tych wątków niewątpliwie przykuwa uwagę czytelnika. Czy jednak nie jest ich za dużo jak na pojedynczą powieść? Momentami odczuwałam przesyt. Trudno mi było skupić się na jednym i spokojnie oddać się refleksji…

Całość mimo wszystko oceniam na plus. Zakończenie bardzo mi się podobało. Co z pewnością przeważyło szalę ogólnego wrażenia. Pewne poruszane kwestie można szybciej przekartkować. Temat jest ważny i dość rzadko podejmowany przez pisarzy. Wiadomo, że na Jodi Picoult można pod tym kątem liczyć. Muszę mieć jednak przerwy w czytaniu jej książek. Co za dużo, to nie zdrowo.

Tam gdzie Ty, Jodi Picoult, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2012

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

środa, 29 lutego 2012
poniedziałek, 27 lutego 2012

W taki słoneczny dzień, nic tylko iść na zakupy toskańskimi uliczkami. Wrześniowe jeszcze gorące promyki dodawały energii i zachęcały do spacerów. Wystawy sklepików przyciągają niczym magnes i sprawiają, że ma się ochotę przystanąć.

Dla wielbicieli złota i wszelakiej biżuterii idealnie nadaje się słynny Most Złotników na rzece Arno we Florencji. Początkowo należał do rzeźników, garbarzy, by ostatecznie trafić w ręce jubilerów i złotników. Muszę przyznać, że zrobił na nas spore wrażenie. W pamięci pozostał jako most z domami. Przyjemnie było siedzieć na murku nieopodal, jeść bagietkę z pesto i obserwować toczące się na nim życie.

Najmilej wspominam kramiki, sklepy w San Gimignano – zwanym średniowiecznym Manhattanem. O samej mieścinie kiedy indziej. Wszak dziś jesteśmy na zakupach!

Kolorowe, proste, o wielu kształtach, długie, krótkie – mowa o makaronach. No tak przecież to Włochy, królestwo pasty. Na każdym kroku można zjeść danie, którego są podstawą. Na wiele sposobów, bez problemu znajdziemy coś dla siebie. Zapachy kuszą z różnych zakątków…

Inne wystawy, to tak zwane pamiątki, wszelakie pierdółki. Uwielbiam je oglądać. Z kupowaniem to już różnie. Tym razem podróżowaliśmy tylko z bagażem podręcznym. Na podziwianiu musiało się skończyć.

Nie mogło za braknąć Pinokia. Autor - Carlo Collodi pochodzi z Toskanii.

Piękna ceramika…

Z takich filiżanek chętnie napiłabym się herbaty…

Toskańskie pejzaże…

Szale, chusty, apaszki… Mam fioła na ich punkcie. Właściwie z każdego wyjazdu coś przywożę. Później długo przypominają mi o dobrych chwilach…

A na ochłodę, oczywiście lody! Wspaniałe, wyraziste, włoskie smaki. :) Najlepsze było to, iż sprzedawane porcje są bardzo duże. Właściwie prosząc o jedną gałkę, otrzymujemy jedną porcję lodów. Do nakładania bowiem służą specjalne łopatki :).

A co Wy najchętniej przywozicie z podróży?? :)

Tagi: Włochy
12:38, gusiook , wyjazdowo
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 20 lutego 2012

... zaczynam po raz kolejny ten wpis. Kilkakrotnie się za to zabierałam. Brak weny? Czasu? Ochoty? Chyba wszystko na raz. Rok się zaczął niekorzystnie i nie w głowie pisanie... Do Was zaglądałam, lecz raczej po cichu. Rzadko komentowałam. Tak już bywa, że życie weryfikuje nasze plany...

Zaaktualizowałam przeczytane książki w tym roku. Można zajrzeć przez ten link. Obecnie czytam Afryka Trek : od Przylądka Dobrej Nadziei do Kilimandżaro / Sonia i Alexandre Poussin. Przyjemnie podążać śladami tej pary przez afrykańską ziemię. Bije od nich spokój, to co mi teraz jest najbardziej potrzebne. A do tego egzotyczne otoczenie sprawia, że nastrój lepszy:).  Lubię te moje literackie wyprawy...

Mam jednak ochotę na powrót do blogowego świata. Już niekoniecznie tak biernie. Zobaczymy, co z tego wyniknie :).

wtorek, 10 stycznia 2012

„Powrót Młodego Księcia” – już sam tytuł nasuwa nam skojarzenie ze słynną opowieścią o Małym Księciu i wszystkich postaci, przez niego spotkanych. Co zastaniemy w środku? Kontynuację? Dopełnienie opowieści? Takie pytania pojawiły się, zanim zajrzałam na pierwszą stronę.

Alexandro Guillermo Roemmers samotnie przemierza Patagonię. Gdy zauważa skuloną postać na poboczu, nie zdaje sobie jeszcze sprawy, jak wielki będzie ona miała wpływ. Chłopiec wygląda na zagubionego, głodnego. Nasz dzielny kierowca postanawia mu pomóc, z czystego ludzkiego odruchu. Nie będzie to jednak zwykła przysługa, polegająca na nakarmieniu, ogrzaniu, czy spełnieniu innych podstawowych cielesnych potrzeb każdego człowieka. Chodzi tu o coś więcej.

Trochę niesforny chłopiec o blond włosach, zaczyna nam przypominać Małego Księcia. Nie bez powodu, o czym można się przekonać, czytając książkę. Nie chcę zdradzać od razu całości. Bowiem to największa przyjemność w czytaniu, odkrywanie. Traktuję tę książkę jako nawiązanie do dzieła Antoine’a Saint-Exupéry’ego. Tylko i aż. Nie chcę dokonywać porównań. Nie o to chodzi.

Intuicja. Dyscyplina. Porządek. Poważny człowiek. Szczęście. Przyjaciel. To tylko kilka spraw, które są poruszane przez A.G. Roemmersa. Wydają się oklepane, trywialne lub przeciwnie, bez odpowiedzi. Były wielokrotnie poruszane w wielu książkach. Cóż może być nowego? Dużą zaletą jest zadawanie ich z perspektywy Młode Księcia, osoby, która już dzieckiem nie jest, lecz dorosłym również. Powoli wychodzi z bańki dzieciństwa i dostaje przysłowiowym obuchem. Niewiele rozumie i poszukuje odpowiedzi...

Gdy chciałam wybrać kilka cytatów do tej recenzji, stwierdziłam, iż jest to niemożliwe. Niemal cała książka mogłaby nim być. W tej niewielkiej objętości kryje się wiele mądrości. Po cóż komplikować i ubierać w zbędne, nadmiarowe słowa? Dobrze mi się czytało, zwłaszcza w tym szczególnym przedświątecznym czasie. Skłania do refleksji, na którą na co dzień nie ma za dużo czasu, czy sposobności. Do tego znajdziemy w środku przyjemne ilustracje, obrazujące sytuację. Miłe dla oka.

Reasumując, szczerze polecam na podróż z A.G. Roemmersem. Warto wrócić do podstawowych pytań. Czasem zbyt mocno chcę się utrudniać życie. Będzie prosto, klarownie i przeważnie przyjemnie. Czy znajdziemy odpowiedzi? Tego nie wie nikt, poza nami samymi.

Powrót Młodego Księcia, A.G. Roemmers , Wydawnictwo WAB, 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26
Online Casino
statystyka