środa, 28 września 2011

Jeszcze niedawno wyjazd do Włoch, wydawał się takim ogromnym zaskoczeniem, taki nierealny. Słoneczna Toskania to prezent rocznicowy... Z. zdecydował, ja się ochoczo zgodziłam i ruszyliśmy! Takie prezenty wyjazdowe są dla mnie, dla nas najpiękniejsze... I tym razem przywieźliśmy worek wspaniałych wspomnień, zachwytów, emocji.

Dziś jeszcze nie mam ochoty na typowy powyjazdowy wpis. Za dużo jeszcze tego wypadu we mnie. Szczęścia, że był i smutku, że się skończył. Zamykam oczy i momentalnie przenoszę się w zabytkową Florencję, urocze San Gimignano z widokiem na toskańskie wzgórza, Siene z ciekawym rynkiem... Ten region Włoch nie rozczarował nas. Wręcz przeciwnie - oczarował... Nie raz przystawaliśmy z zachwytu. Choć na co dzień wolimy spędzać czas na łonie natury, tu mieliśmy ochotę na zabytki! Z zainteresowaniem czytaliśmy w przewodniku o odwiedzanych miejscach. Wiele ciekawych rzeczy się dowiedzieliśmy, na które zwykle nie starcza nam sił, czy chęci.

Gdy jestem w miejscu, które szczególnie mi się podoba, przychodzą do mnie czasem myśli... to znaczy chłonąc daną chwilę, widok wiem, że to wszystko jest ulotne i pryśnie jak bańka mydlana. I wyobrażam sobie jak to będzie wspominać, oglądać zdjęcia. Wspomnienia zamknięte w fotografiach przypominają tylko o zdarzeniach, wszystko jest gdzieś w środku... dociera wówczas mocno, że „Wszystko co piękne jest przemija” jak śpiewa Turnau. Takie refleksje na szczęście pojawiają się na krótko i pozwalają się cieszyć chwilą :)). Bo przecież jak śpiewa w innej piosence "Znów wędrujemy"... i to chodzi. :))

Dziś siedzę przed ekranem komputera, z przeziębieniem jesiennym i przeglądam zdjęcia. Z jednej strony te obrazy wydają się takie odległe w czasie, a z drugiej tak bliskie – przecież dopiero wróciliśmy!

Czy szkolna przyjaźń przetrwa próbę czasu, kłopotów i dorastania? Większość z nas zadaje sobie te pytania, mając nadzieję na pozytywną odpowiedź. Gdzie właściwie szukamy bratniej duszy, jak nie w szkolnej ławie. Mamy swoje sekrety, radości i smutki. Czy jednak w dorosłym życiu, tak bardzo różniącym się od dzieciństwa, dalej możemy ufać tym osobom?

Myślę, że podobne wątpliwości mają główne bohaterki powieści Nancy Thayer, Lexi i Clare. Znają się od małego. Spędzały mnóstwo czasu ze sobą na malowniczej wyspie Nantucket. Szkolne problemy, pierwsze miłości i dalekosiężne plany wymagają wyjątkowej oprawy. Stąd narodził się pomysł na nazwę plaży, na której przebywały wiele razy. To miało być tylko ich, sekretne miejsce.

Życie płynęło, one dorastały... Nie wszystko było już takie proste. Pewne wydarzenia doprowadziły do poważnej kłótni, w której padły słowa z tych niewybaczalnych. Każda od tamtej pory poszła w swoją, inną stronę... Po latach przyjdzie im się spotkać. Czy da się naprawić jeszcze tę relację? Czy przez wzgląd na dawne uczucia „Powrót do domu” będzie możliwy?

Książka Nancy Thayer zapowiadała się na sympatyczną obyczajówkę, poruszającą istotne kwestie w życiu każdego człowieka. Jest napisana niezłym, prostym i przemawiającym językiem. Jednak, mimo dobrze rokującego początku powieści zawiodłam się. Fabuła jest to bólu przewidywalna. To męczy, mnie jako czytelnika. Bardzo nie lubię, gdy domyślam się większości poczynań bohaterów. Co to za przyjemność znać ich każdy krok, bez nutki zaskoczenia?

W mojej prywatnej ocenie książkę oceniam jako przeciętną. Może oczekiwałam czegoś ambitniejszego? Myślę, że mogłaby się spodobać komuś, kto ma ochotę na przeczytanie czegoś, nie wymagającego myślenia. To po prostu przyjemne czytadło na popołudnie. Niestety niewiele więcej.

Powrót do domu, Nancy Thayer, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

środa, 31 sierpnia 2011

Do przeczytania tej książki skłoniła mnie recenzja Verity. Na tyle mnie zainspirowała, że ustawiłam się grzecznie w bibliotecznej kolejce. Jak się okazało, cieszy się ona sporym zainteresowaniem wśród wrocławskich czytelników. Moje czekanie okazało cenne, nie zawiodłam się.

„Od początku do końca” to przejmująca opowieść pisana na dwa głosy. Olga i Piotr Morawscy tworzą w niej obraz swojego nietuzinkowego życia. Piotr to polski himalaista z wieloma sukcesami na swoim koncie. Olga, no właśnie kim jest Olga?

Piotr podczas swoich górskich wypraw prowadził dziennik, przede wszystkim dla swojej żony. Początkowo był to też obraz jego wielkiej miłości, tęsknoty za Olgą. Zostawała ona na długie miesiące w domu, dzięki tym zapiskom miała lepiej rozumieć świat męża. On zawsze marzył o wydaniu książki. Niestety nie zdążył. Zginął podczas jednej z wypraw, osierocając dwójkę dzieci.

Z jednej strony można napisać, iż tu historia się zaczyna. Historia powstania książki oczywiście. Olga postanawia wydać relacje z wypraw. Między nimi pojawiają się jej zapiski z danego okresu w ich życiu. Pokazuje nam jak to jest żyć z człowiekiem całkowicie pochłoniętym pasją, która jest tylko jego. Nierozerwalnie wiąże się z częstymi nieobecnościami w domu, tęsknotą... Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na żonę, rodzinę, miłość? Czy to da się pogodzić? Są to bardzo trudne sprawy, na które nie ma jednej recepty.

W książce znajdziemy wiele wspaniałych, zapierających dech w piersiach zdjęć. Pozwala to lepiej zrozumieć Piotra, który w górach czuł się wolny jak ptak. Im bardziej wpatrywałam się w fotografie, tym mocniej docierała do mnie magia gór, ośnieżonych i niedostępnych szczytów. Choć z drugiej strony uświadamiamy sobie czytając, że to jest żywioł, że nie wszystko zależy od nas...

To wzruszająca i pouczająca powieść, w której nie brakuje silnych emocji. Myślę, że jest dla każdego, kto kocha góry i ma pasje...

środa, 24 sierpnia 2011

Dźwięki, których nie ma w realnym świecie. Choć nie oznacza, iż są niemożliwe do usłyszenia. Powstają gdzieś w środku i tam pozostają. Nie wiadomo skąd i dlaczego przyszły?

Z głuchotą czuciowo-nerwową zmaga się główna bohaterka powieści „Miłość na Marginesie”. Pewnego dnia zaczyna słyszeć flet, choć ma pewność, że takiego instrumentu nie znajdzie w swoim otoczeniu. Nic nie dzieje się bez przyczyny, powiedziałby każdy. I w tym przypadku nie jest inaczej. Yoko Ogawa przedstawia nam 24 letnią, młodą dziewczynę, którą dopiero co rzucił mąż. Niebawem po tym wydarzeniu pojawiają się różne dźwięki. Leczenie jest długie, żmudne i trudne. Dziewczyna spędza wiele samotnych godzin w klinice laryngologicznej.

Pewne wydawnictwo prowadzi magazyn o zdrowiu, tym razem poruszanym tematem ma być głuchota czuciowo-nerwowa. Pacjenci opowiadają o swoich przeżyciach, a wszystko zapisuje Y – stenograf. W ten sposób doszło do ich pierwszego spotkania. Dziewczyna nie widzi dobrze postaci, ale ulega fascynacji jego palcami. Można by rzec – tu wszystko się zaczęło. Splot różnych zdarzeń doprowadza do tego, iż spotykają się co raz częściej.

Zawsze towarzyszy im ryza czystego papieru, niebieski długopis oraz spokój... Ten ostatni cały czas unosi się między kartami książki. Jest kojący. Nie ma nic wspólnego z nudą. Wspólnie zagłębiają się w jej życie, a tworząca się między nimi więź, wydaje się magiczna. Żeglują przez wspomnienia, a cichym świadkiem jest powoli zapełniający się papier. W którą stronę popłyną?

Z pozoru prosta historia zauracza. Sprawia, że nie ma się ochoty przerywać czytania. Przy końcu kiedy wszystko się wyjaśnia, nie mogłam powiedzieć „a nie mówiłam”. Myślę, że to przyjemne uczucie dla każdego czytelnika. Cóż to za przyjemność znać rozwiązanie, zakończenie literackiej historii?

Yoko Ogawa pięknie pisze o wspomnieniach, o ich mocy i znaczeniu dla każdego człowieka. Według mnie stąd mógł się wziąć brak imion głównych postaci. Poza tym język, którym posługuje się autorka jest lekki, jakby unoszący się w powietrzu. Ciężko to opisać słowami...

Mimo, iż nie znajdziemy tu mocnych wrażeń, nie wieje nudą. Książka idealnie nadaje się na deszczowe popołudnie. Przy pysznej herbacie z chęcią zanurzałam się w świat japońskiej pisarki. Sama przyjemność!

Miłość na Marginesie, Ogawa Yoko, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Bornholm to niewielka duńska wyspa położona na morzu bałtyckim. Taka niepozorna, a tak różnorodna... To przede wszystkim lasy, morze, skały, pola, wędzone ryby, urocze kolorowe domy i kościoły rotundy. Na pierwszym miejscu są dla mnie ścieżki rowerowe, pierwszy raz widziałam tak ich gęstą, dobrze przygotowaną i świetnie oznaczoną sieć! W przewodnikach nie koloryzują, pisząc, iż to raj dla rowerzystów.

Bez problemu dostaniemy się na nią promem, co ma swoje zalety. Po pierwsze stosunkowo niewielki koszt podróży, a po drugie dodatkowa atrakcja. My korzystaliśmy z kołobrzeskiej przeprawy promowej. Świetna obsługa, to niewątpliwie zaleta, mimo skromnego katamaranu. W drodze na wyspę rejs przebiegał bezproblemowo, jeśli chodzi o chorobę morską. O powrocie już tego nie można powiedzieć. Wiało 5-6 w skali Buforta (sporo, mały sztorm) i ¾ pasażerów odczuwała skutki silnego bujania, błędniki nie wytrzymywały. Nasza ekipa trzymała się na szczęście dzielnie. Całe 4,5 godziny spędziliśmy na dworze, na rufie promu. Pozwoliło to nam utrzymać żołądki w ryzach, hehe ;).

Moje pierwsze skojarzenia z tą wyspą po powrocie to przede wszystkim górki, podjazdy i czasem szybka jazda w dół, która ponownie szybko zamieniała się w powolne pedałowanie. Nie byłam na to przygotowana, na co dzień preferuję raczej płaskie tereny. A tu taka niespodzianka! Jednak szybko nauczyłam się odpowiednio ustawiać przerzutki w rowerze i stromizny nie były aż taką udręką. Poza tym nagrodą były... wiśnie! Tak, tak na wyspie ich nie brakuje, drzewka uginają się od owoców :D! Gdy sił brakowało, stawały się wspaniałym napędem – soczyste, słodkie, od razu więcej sił. O innych zachętach w kolejnym poście.

Dodatkowym obciążeniem były sakwy. To pierwszy raz, kiedy z nich korzystałam. Odczuwalne były w sumie tylko na górkach, czyli dość często, hehe. Bez problemu można się spakować, mały namiot i śpiwór również się zmieści. To daje niesamowite poczucie niezależności od miejsca noclegu. Cały czas się przemieszczaliśmy, tam gdzie mieliśmy ochotę...

Gęsta sieć tras rowerowych pozwalała na sporo manewrów, łącznie mamy ich 235 km. Ilość kilometrów nie wydaje się imponująca, lecz jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że duża część wyspy to pagórki, odczuwalne odległości są znacznie większe. Jedną trzecią z nich zbudowano na zlikwidowanych trasach kolejowych – wyasfaltowane i wolne od samochodów, czego chcieć więcej? Reszta biegnie wzdłuż dróg ( jednak ruch samochodowy jest na tyle mały, że właściwie nieodczuwalny) lub lasami. Większość jest pokryta asfaltem, wygoda ogromna – zwłaszcza gdy rower mamy obciążony bagażem.

Odnalezienie ścieżek nie stanowi problemu – ciemnozielone tablice w kierunkami i odległościami są wszędzie. Do tego w większości miasteczek, gdzie znajdują się centra informacji turystycznej, możemy bezpłatnie pobrać mapy i przewodniki (również w języku polskim). Nie sposób się zgubić!

niedziela, 31 lipca 2011

Tegoroczne wakacje dla mnie to zdecydowanie czas bez internetu. Po prostu. Czasem zaglądnę, ale na pisanie jakoś nie starcza chęci. W głowie układają się wpisy na bloga, ale w niej zostają. Także na relacje podróżnicze przyjdzie czas. Odpowiedni, gdy już siądę wygodnie w fotelu.

Poza tym za pół godziny znów wyruszam, nie będzie mnie dwa tygodnie. Tym razem rodzinnie – żagle, rowery i morze na koniec. Wreszcie znajdzie się czas na spokojne, bez pośpiechu rozmowy... No i na czytanie oczywiście!

Samotni.pl / Barbara Kosmowska

Moja Afryka / Kinga Choszcz

Miłość na marginesie /Yoko Ogawa

Witajcie w raju : reportaże o przemyśle turystycznym / Jennie Dielemans

Do przeczytania :)

piątek, 08 lipca 2011

Czas ruszać na wymarzone, wyczekane wakacje! Sesja skończyła się dopiero wczoraj... Trwała długie dwa i pół miesiąca, organizm mówi już stop. Na szczęście wszystko do przodu i chyba najlepiej mi poszło na przestrzeni moich studiów. Mimo, iż przedmioty były trudne. Koniec. Kropka.

Dziś krótko, zaraz jedziemy na dworzec. Tam do pociągu, razem z naszymi objuczonymi rowerami. W Kołobrzegu na prom i na Bornholm! Rowerową przygodę czas zacząć. Ponoć ta wyspa to raj na posiadaczy jednośladów. Z ogromną ochotą się o tym przekonam na własnych kołach!

Do przeczytania :))

Tagi: Dania rower
21:35, gusiook
Link Komentarze (14) »

Przed siebie 

Podróżowanie palcem po mapie jest bardzo przyjemne. Można zamknąć oczy i przenieść się w odległe zakątki świata, do których raczej nie dotrzemy.

W przypadku literatury podróżniczej dodatkowym plusem, a właściwie jej podstawą jest SŁOWO. Dzięki spisanym przez autora wrażeniom poznajemy tysiące wspaniałych miejsc... Choć początkowo nie myśleliśmy o danym regionie poważnie, coś w naszej głowie kiełkuje. Kto wie, może pewnego dnia spakujemy plecak i ruszymy przed siebie, by sprawdzić zapiski pisarza?

Michał Kruszona zabiera nas w podróż po niewielkiej części Afryki, jaką jest Uganda. To państwo w środkowej części kontynentu nad Jeziorem Wiktorii. Na swoją wyprawę wyrusza razem z przyjacielem. Pewnego dnia po prostu postanowili odwiedzić te zapomniane miejsce na świecie. Słowa nie poszły na wiatr, wkrótce stanęli na rozgrzanej ziemi Afryki.

Książka składa się z trzech części. Pierwsza to luźne przemyślenia przed wyjazdem. Od pierwszych stron czuć pozytywną ekscytację autora. Poznajemy sposób podróżowania Michała Kruszony. Poza tym autor dostarcza nam wielu cennych informacji dotyczących historii Ugandy. Jest to podane w przystępny, ciekawy sposób. Nie groźne nam przeładowanie faktami! W drugiej znajdziemy już właściwe zapiski, spostrzeżenia z wyprawy. Na trzecią składają się relacje z powtórnych odwiedzin tego kraju.

W trakcie czytania poznajemy nie tylko kolejne regiony Ugandy. Kluczową kwestią są ludzie spotykani po drodze. Dzięki książce choć trochę możemy przybliżyć się do zupełnie innego świata. Jak pisze Michał Kruszona „ Inaczej płynie czas w Afryce, inaczej się myśli i inaczej nazywa się rzeczy, które dla nas tylko pozornie są zrozumiałe. Z mieszkańcem Czarnej Afryki możemy mówić o tym samym, jednak on będzie rozumiał zupełnie co innego niż my.”. Miałam podobne odczucia podczas lektury. Jak można pewne zdarzenia oceniać, odbierać tą samą miarą, jeśli otaczająca rzeczywistość tak bardzo się różni od nam znanej? Z drugiej strony, autor czasem wyciągał zbyt daleko idące wnioski. Czułam czasem z jego strony pewnego rodzaju arogancję Białego człowieka. Niektóre sytuacje są traktowane lakonicznie, aż same się proszą o więcej uwagi. Miałabym ochotę więcej o nich przeczytać. To oczywiście moje subiektywne odczucia.

Tytuł "Uganda. Jak się masz, muzungu?” , a szczególnie jego druga frakcja jest zastanawiająca. Nie mogłam się doczekać, aby dowiedzieć się co on oznacza. Nie będę zabierać przyjemności, także po rozwiązanie zapraszam do książki.

W środku znajdziemy wiele wspaniałych zdjęć. Bardzo dobrze oddają przebieg wyprawy. Jedyne moje zastrzeżenie to brak korelacji między fotografiami, a opisywanymi zdarzeniami. Wybija z rytmu. Tekst poza wspomnianymi wcześniej częściami, nie jest podzielony na żadne rozdziały. Przeszkadza to w czytaniu na raty oraz uniemożliwia szybkie odnalezienie się w miejscu akcji.

Całość mimo wszystko oceniam na plus. Na pewno zasługę ma w tym postać samej Ugandy. Michał Kruszona plastycznym, wyrazistym językiem przenosi nas w jej gorące ramiona. Dzięki tej lekturze mam ochotę na ponowne literackie spotkanie z Afryką.

Michał Kruszona, Uganda. Jak się masz, muzungu?, Zysk i S-ka, Warszawa 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Gdzie ja jestem?

Książki Jodi Picoult zna większość z nas, a przynajmniej każdemu obiło się o uszy jej nazwisko. Ich mnogość jest zaskakująca, a zarazem zastanawiająca. Czy w kolejnej znajdziemy jeszcze coś nowego? Czy powieść wciągnie nas równie mocno, jak kilka pozostałych? Autorka jak zwykle porusza trudne tematy, skomplikowane sytuacje to zdecydowanie jej specjalność.

Tym razem poznajemy Paige, która w wieku pięciu lat została porzucona przez matkę. Ta po prostu w pewien zwykły dzień wyszła z domu i nigdy nie wróciła. Na zawsze odcisnęła piętno na swej malutkiej córeczce. Przez te wszystkie lata otrzymała ogromne wsparcie i miłość od ojca, który próbował zrekompensować jej brak mamy.

Główną bohaterkę „Linii życia” zastajemy, gdy ma już swoją rodzinę. Mąż i rodzina to dwie najważniejsze i na pierwszy rzut oka jedyne osoby z jej otoczenia. Bowiem nie wszystko potoczyło się, tak jak powinno. Paige zaraz po skończeniu szkoły uciekła z domu. W życiu trochę się jej pokomplikowało... Pracując w barze poznała Nicholasa – przyszłego męża. Przez moment sądziła, że złapała Pana Boga za nogi. Potoczyło się bardzo szybko, spontaniczny ślub nie wszystkim się podobał. Jednak oni, zakochani w sobie nie zważali na otoczenie... Szybko okazuje się, że wspaniały wybranek, może i kocha Paiże, ale jeszcze bardziej swoją pracę. Jej talent do rysowania, marzenia są spychane na bok. Gdy po kilku latach małżeństwa okazuje się, że jest w ciąży, załamuje się. Zupełnie nie czuje się przygotowana do roli matki. Przecież sama jej nie miała...

Jodi Picoult w „Linii życia” pokazuje „ Jak bardzo różni się życie według czyichś oczekiwań od życia zgodnego z własnymi pragnieniami”. Paige zupełnie traci grunt pod nogami. Nie ma już granicy pomiędzy nią a Nicholasem. Wszystko kręci się wokół niego. Pewnego dnia nie wytrzymuje. Splot zdarzeń doprowadza do decyzji, a właściwie impulsu i rusza przed siebie. Sama, zupełnie sama. Czy odnajdzie to czego szukała?

Książkę czyta się dobrze, szybko. Mamy dwie narracje – Paige i Nicholasa. Z obu stron poznajemy ich codzienne życie, przemyślenia. Ułatwia to zrozumieć sytuację, w jakiej się znaleźli. Choć z drugiej strony niektóre kwestie są niesamowicie rozwleczone. Myślę, że za bardzo. Czytelnikowi trzeba czasami pozostawić nutkę niedopowiedzenia. Dać szansę na własne przemyślenia. Przysłowiowa kawa na ławę nie zawsze się sprawdza. Na szczęście jako całość oceniam „Linia życia” jako dynamiczną powieść. Pod koniec akcja szybko się rozkręca i nie mamy ochoty oderwać się od lektury.

Według mnie warto poświęcić swoje popołudnie na kolejne spotkanie z Jodi Picoult . Porusza ona kilka ważnych kwestii, takich jak korzenie rodzinne, własna tożsamość oraz o spychaniu marzeń, pragnień na bok. Jest to podane w przystępny, niemęczący sposób.

Jodi Picoult, „Linia życia”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

piątek, 10 czerwca 2011

Więzy rodzinne

Jeśli sądzicie, że historie dziejące się w waszych rodzinach są skomplikowane, zaskakujące i nieprawdopodobne sięgnijcie koniecznie po książkę Olgi Rudnickiej NATALII 5.

To co prezentuje się na kartach powieści nie raz was zadziwi. Zagrywki i styl życia głowy rodziny są lekko mówiąc nietypowe. To sprawia, iż ciężko się oderwać od czytania.

Starszy, zamożny mężczyzna postanawia zaplanować swoje samobójstwo, po tym jak dowiedział się o nieuleczalnej chorobie. Zamyka wszystkie doczesne sprawy, przynajmniej do pewnego stopnia... Sucharski zostawia depozyt z dyspozycjami u notariusza. Wszystko jest drobiazgowo przygotowane. Tak, aby nie było wątpliwości, co do okoliczności śmierci. Funkcjonariusze policji obierają zgłoszenie o popełnionym samobójstwie. Na miejscu, znajdują instrukcje dalszego działania od denata. Wszystko wygląda jednoznacznie, ale...

Po kilku dniach u notariusza spotyka się pięć kobiet. Każda z nich nazywa się Natalia Sucharska. Okazuje się, że są siostrami, o czym nie miały zielonego pojęcia. Różni je wiek, sytuacja życiowa, temperament, osobowość. Przed nimi ciężkie chwile. Nagle spada na nie mnóstwo nieprawdopodobnych informacji. Muszą odnaleźć się w nowej przestrzeni Zamieszkują wspólnie w domu swojego ojca, który każdej przelał na konto bankowe milion złotych. To dopiero początek nowości w ich życiu. Śledztwo w sprawie domniemanego samobójstwa trwa, jednemu z policjantów coś się nie podoba... Na światło dzienne wychodzą różne tajemnicze nowości z życia Sucharskiego. Co tak naprawdę się stało?

Po pierwszych stu stronach trochę denerwowało mnie takie kilkakrotne przegadanie każdej kwestii przez siostry Sucharskie. Rozwodziły się nad różnymi głupstwami i bardziej ważnymi sprawami niemiłosiernie. Strony leciały, a akcja książki praktycznie stała w miejscu. To taka typowa babska paplanina. Jednak idealnie pasuje do naszej piątki. Każda z NATALII 5 ma swój specyficzny charakterek, choć w pewien sposób są do siebie bardzo podobne. Wynika z tego wiele przezabawnych sytuacji. Poza tym uczą się siebie nawzajem. Wraz z rozwojem zdarzeń zaczynają tworzyć zgrany zespół Natalii Sucharskich.

Z jednej strony ma się wrażenie, iż powieść Olgi Rudnickiej błędnie została przedstawiona jako kryminał. Na samym początku miałam takie odczucia. Z drugiej, zauważamy specyficzny humor pisarki, który bardzo przypadł mi do gustu. Inteligentne, pełne wdzięku sytuacje rozbawiają ma każdym kroku. A i dreszczyk emocji, tajemnica oraz niewiadoma czają się za rogiem. Połączenie idealne.

Jednym słowem warto poświęcić swój czas na przeczytanie NATALII 5. Kryminał z elementami komedii – kolejność dowolna – to ciekawe rozwiązanie. Na wiosenny wieczór w sam raz! Warto przygotować się na salwy śmiechu i zaskakujące historie.

Olga Rudnicka, NATALII 5, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26
Online Casino
statystyka