piątek, 03 czerwca 2011

Jak zwykle w taki upalny dzień jak dziś, przypomina mi się Krym. Szczególnie górskie wędrówki w pełnym słońcu... Wypijane hektolitry wody, stale w użyciu krem z wysokim filtrem i nieodłączny kapelusik na głowę to stałe punkty każdego dnia...

Mangup-kale to średniowieczne miasto w pobliżu Bakczysaraju leżące na wysokości 584 m n.p.m.. Było największym tego typu miejscem na Krymie. Zbudowano je na płaskowyżu, który był z trzech stron ograniczony urwiskami, a z czwartej strony głębokimi wąwozami. Niektórzy mówią, że ma kształt czteropalczastej dłoni.

Naszą wycieczkę rozpoczynamy w Mangup. Dookoła góry i... zieleń. Taka prawdziwa, soczysta. Zastanawiamy się skąd rośliny czerpią wodę? Przecież tu od dwóch miesięcy nie ma deszczu! Ziemia jest sucha, spękana.

Nie wiadomo skąd pojawiają się dwie osoby i okazuje się, że trzeba kupić bilet. Droga początkowo łagodna, zaczyna dość stromo piąć się w górę. Całe szczęście, że idziemy wśród drzew. Upał choć trochę staje się mniej uciążliwy.

Gdy zaczynamy zbliżać się do szczytu, pojawia się cmentarz karaimski z XV - XVIII wieku. Wielu nagrobków nie ma, większość jest w kiepskim stanie. Te co pozostały wprawiają w chwilę zadumy...

Jesteśmy na górze. Przed nami wspaniały płaskowyż. Co prawda pierwsze odczucia były z nutką zawodu, gdzie to skalne miasto? Gdzie niegdzie leżały sterty skał do tego tabliczka, to już? No nic, idziemy dalej. Cieszymy się widokami i wiatrem, który choć ciepły chłodzi.

To co najlepsze, czeka na nas przy końcu. Okazuje się, że skalne mieszkania są tak skonstruowane, że leżą w skale. Jedno, dwu, czy nawet trzypoziomowe kondygnacje idą w dół ziemi.

Mijamy ruiny fortyfikacji... tu spotkaliśmy starszego pana, który sprawdzał zakupione bilety! Dodam, że turystów było naprawdę niewielu. Właściwie cały czas byliśmy sami.

Czas na drogę powrotną, chcemy zejść inną trasą. Odnajdujemy szlak i ruszamy. Po około pół godziny mamy dziwne wrażenie, że schodzimy w przeciwną stronę. Na razie jesteśmy spokojni. Gdy pojawiają się pierwsze rozwidlenia, na których już nie ma żadnych oznaczeń, robi się ciekawie. Bo którą drogę mamy wybrać? Nasza mapa jest średnio dokładna, o taką tu trudno. Idziemy trochę na czuja, robimy się głodni i trochę nerwowi. Ale trzeba iść, więc zbieramy siły w nogach i dbamy o dobry nastrój. Panika nic nie pomorze. Gdy pojawił się mały konik i na horyzoncie pierwsze zabudowania odetchnęliśmy z ulgą. Zawsze to nie środek lasu, bez żywej duszy. Koniec końców dotarliśmy do punktu wyjścia, schodziliśmy dwa razy dłużej, niż wchodziliśmy. Mimo odrobiny strachu warto było, cudowne krajobrazy. Jezioro na ochłodę było jak znalazł! No i porządna kolacja się należała!

Z powrotem do Bakczysaraju wiąże się pewna historia. W związku z tym, że powrót na dół się przedłużył, nie zdążyliśmy na autobus. Do kwatery 30 km, a tu robi się wieczór, co prawda nie było jeszcze ciemno. Zaczęliśmy iść szosą i łapać stopa. Problem polegał na tym, iż mało samochodów tamtędy jeździło. W końcu zatrzymał się pewien Gruzin. Jego szalona jazda to mało powiedziane. Przy 100km/h na liczniku schylał się, puszczając kierownicę, po zapalniczkę. Trąbił na innych, ale to on zajeżdżał im drogę! Był przy tym bardzo sympatyczny, zagadywał nas. Ja tylko czekałam, aż będziemy u celu.

piątek, 27 maja 2011

Przy głosie Adele dziś miło mija mi poranek. Rolling In The Deep napawa mnie energią:).

Wreszcie CZAS wolny, od ponad trzech tygodni nie spędzony nad książkami od farmakologii. Tryb wakacyjny włączony. Co prawda na krótko, sesja wszak kończy się 7 lipca. Ale teraz cicho sza... Trzeba naładować akumulatory na dalszą harówkę. :)) Wyprawa za miasto - konieczna. Nigdzie nie odpoczywam tak mocno, jak na łonie przyrody...

A Someone Like You wprawia w spokojny, dobry nastrój...

 

czwartek, 05 maja 2011

W zamknięciu

O problemie azjatyckich kobiet nie jedno słyszałam. Wymuszone małżeństwa, przemoc, zamknięcie, izolacja, brak miejsca na własne marzenia – mogłabym tak wymieniać bez końca. Mimo, że to wszystko dzieje się tak daleko, mam świadomość tych tragedii. Tylko czy aby na pewno tak daleko?

W zachodnim, rzekłabym cywilizowanym świecie nie powinno być miejsca na nieludzkie traktowanie drugiego człowieka. A jednak nie do końca tak jest. Przekonałam się o tym, czytając książkę Jasvinder Sanghera„Córki hańby”.

Po raz kolejny zorientowałam się, że tak mało wiem o innych kulturach, wyznaniach. Gdzieś ta wiedza prześlizguje się między palcami w codziennym życiu. Nie czytałam poprzedniej autobiograficznej książki Jasvinder Sanghera, która uciekła od swojej rodziny, by uniknąć wymuszonego małżeństwa. Jesteśmy po krótce z nią zaznajamiani. Akcja obecnej toczy się w Wielkiej Brytanii. Tak, tak ten problem dotyczy kobiet mieszkających nieopodal nas! Moje zdziwienie było spore. Nie zdawałam sobie z tego sprawy. Autorka założyła fundację – Karma Nirwana. Pomaga kobietom, które są w trudnej sytuacji rodzinnej. Są one często więźniami własnych rodzin, która chce je dobrze wydać za mąż. Oczywiście wszystko dzieje się bez ich woli.

Na kartach powieści poznajemy co raz to nowe, a zarazem bardzo podobne do siebie historie. Wiele w nich bólu, przemocy i despotyzmu. Miałam wrażenie, iż się powtarzają. Aż tak dużo jest punktów wspólnych między nimi. Czasem drażniło mnie to, że pisarka tak szybko przechodziła do historii kolejnych bohaterek oraz bohaterów. Nie chciałam się z nimi rozstawać. Byłam wstrząśnięta. Jak to możliwe, iż we współczesnym świecie, wśród nowoczesnych i świadomych ludzi dochodzi do takich tragedii? Liczy się tylko honor rodziny, który można bardzo łatwo stracić.

„Córki hańby” mogą znaleźć schronienie i daleko idącą pomoc w fundacji. O tym jak działa, co jest w stanie zrobić dla ofiar przemocy dowiadujemy się z książki. Trzeba pamiętać o tym, iż nie jest to proste. Dziewczyny, które zdecydowały się uciec od swoich rodzin -oprawców, muszą się ukrywać. Często grozi im realne niebezpieczeństwo z ich strony. Zmieniają całe swoje życie. Dosłownie. Szczególnie, że często przez dłuższy czas funkcjonowały pod stałą kontrolą domowników. Ograniczano im dostęp do edukacji, gdy tylko wkraczały w okres dojrzewania. Dlatego niezbędna jest współpraca lokalnej policji, urzędników, psychologów. Nie mniejszą rolę spełnia powstająca siatka przyjaciół, która umożliwi ofiarom powrót do normalnego życia.

Kolejną sprawą, która mnie dość zaskoczyła to pokrzywdzeni mężczyźni. Zostają oni również zmuszani do poślubienia kobiety, wybranej przez rodzinę. Oni także cierpią. W Karmie Nirvany mogą szukać pomocy. Ten aspekt w książce jest w mniejszym stopniu rozwinięty, na co wskazuje sam tytuł - „Córki hańby” .

Napisana prostym, przystępnym językiem książka jest pełna przejmujących historii. Nie raz czułam się bezsilna i ciężko było mi zrozumieć sytuację bohaterów. Nie można jej oceniać, w końcu scenariusz napisało życie. Pozytywnym aspektem jest obecność takich kobiet jak Jasvinder Sanghera, która gromadzi dobrą energię i potrafi ją wspaniale spożytkować. Z tego prostego powodu warto poświęcić swój czas na jej przeczytanie.

Jasvinder Sanghera, „Córki hańby”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

czwartek, 28 kwietnia 2011

Bez mrugnięcia okiem

O Osamie Bin Ladenie wrzał cały świat. Nie ma osoby na naszym globie, która by o nim nie słyszała. Niewątpliwie ten człowiek wzbudza wiele kontrowersji. Trzeba pamiętać o tym, iż nie był sam. Jak wyglądała jego rodzina? Przywódca pilnie strzegł danych na temat swoich najbliższych. Powstało wiele niepotwierdzonych informacji o charakterze bardziej plotek, niż rzetelnych faktów. Kim byli ludzie, którzy mu towarzyszyli? Co kierowało bojownikami, by włączyć się do ekstremistycznej organizacji Al-Kaida?

Sam tytuł nasuwa nam przypuszczenia, co znajdziemy w środku. Jest to pierwsza książka, w której o terroryście dowiadujemy się od najbliższych. Przede wszystkim jest to opowieść Nadżwy – głównej żony i Omara- czwartego syna o ich życiu rodzinnym. Jak zaznacza Jean Sasson we wstępie „Nadżwa Ganem Bin Laden zna tylko człowieka. Zachód zna tylko terrorystę”. Podczas czytania należy o tym pamiętać. Kobiety nie są dopuszczane właściwie do żadnych informacji, które bezpośrednio nie tyczą się życia domowego. Nawet w tych sprawach nie mają za wiele do powiedzenia. O wszystkim i wszystkich decydują mężczyźni. Przytłaczające, szczególnie dla mnie, osoby nie znającej tamtejszej kultury...

Mogłoby się wydawać, że postanowienie o jej małżeństwie ze starszym kuzynem, nie należało do niej. To pierwsza i na długi czas ostatnia samodzielna decyzja Nadżwy. Ona szczerze go kochała... Tak, tak również bardzo się zdziwiłam. Nigdy się nie sprzeciwiała, cierpliwie egzystowała według zasady purdah (kobiety żyją w odosobnieniu, muszą zakrywać się przed obcymi mężczyznami). Na pewno pomogła jej w tym wiara, dzięki islamowi dzielnie znosiła niedogodności losu. Kilka razy całą rodziną się przeprowadzali do innych krajów. Jak wiadomo, nie miała w tej kwestii nic do powiedzenia. Od nowa musiała wić nowe gniazdo, niestety w co raz to gorszych warunkach. Osama zaczął znaczne sumy przeznaczać na rozwój Al-Kaidy. Poza tym twierdził, iż nie potrzebują wygód takich jak elektryczność, pralka, lodówka. Dzięki jej opowieści dowiadujemy jak toczy się życie arabskich kobiet, dzieci. Przedstawiła również następne żony swojego męża, z którymi się zaprzyjaźniła.

Omar, kolejny narrator wraz z wiekiem dowiaduje się co raz więcej o organizacji swojego ojca. Jasno możemy odczuć, iż od początku był jej przeciwny. Płynące zło, nie stanowiło dla niego oparcia. Pragnął jedynie normalnego dzieciństwa, beztroskiego obcowania z przyrodą i rówieśnikami. Przedstawia nam swoje rodzeństwo, wpływ fanatyzmu Osamy na ich rozwój, psychikę... W jego relacji czuć głęboki żal. Z drugiej strony widać, iż bardzo mu na początku brakowało uwagi ojca. Jak każde dziecko garnął się do rodziców. O mamie zawsze wyrażał się z miłością, szacunkiem.

Dobrym rozwiązaniem zamieszczonym w książce Jean Sasson są mapki kolejnych państw, gdzie przeprowadzała się rodzina Osamy Bin Ladena. Do tego autorka zamieszcza krótką notkę geopolityczną. Jak dla mnie super pomysł, dzięki temu możemy się więcej dowiedzieć o ustroju tych miejsc. Jednocześnie nie są przeładowane informacjami, zaledwie kilka zdań. Ponadto na końcu powieści mamy trzy aneksy, które zawierają chronologię wydarzeń z życia Osamy, działań Al-Kaidy oraz przedstawienie jego rodziny, która do małej nie należy. W każdej chwili możemy tam zajrzeć i ułożyć sobie w głowie kto jest kim.

Książkę „Musiałam odejść” polecam z czystym sumieniem. Na pewno nie był to dla mnie stracony czas. Mamy szansę na poznanie rodziny Bin Ladenów od podszewki. Wiele razy będziemy się dziwić i otwierać oczy szeroko ze zdumienia. Jak mogło dojść do tych wydarzeń? Jak ci ludzie mogli funkcjonować w tak ciężkich warunkach? Z innej strony, warto sięgnąć po tę pozycję ze względu na doskonały obraz życia arabskich kobiet. Jeśli kogoś interesuje ten temat, z pewnością nie zawiedzie się.

Jean Sasson, Musiałam Odejść Wspomnienia Żony i Syna Osamy Bin Ladena, Kraków, Wydawnictwo Znak 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

sobota, 16 kwietnia 2011

Moja ostatnia nieobecność blogowa wynika z przeładowania zadań do wykonania tzw. „na wczoraj”. Piętrzące się obowiązki pochłaniają mnie niesamowicie. Czasem Was podczytuję, ale na tyle tylko starcza mi energii. Wolny czas spędzam jak najdalej od komputera. Nie mam go za dużo, więc musi być dobrze wykorzystany. Nie wpadłam tu jednak, by narzekać. O to nie trudno, hehe ;). Poza tym w niczym mi to nie pomoże.

Lista książek do przeczytania stale rośnie. Na Waszych blogach wciąż i wciąż odkrywam nowe tytuły, do których chciałabym dotrzeć. Uwielbiam te poszukiwania, które często kończą się sukcesem. Tylko co z tego, jak potem o nich zapominam. Postanowiłam wreszcie to zmienić. Lepiej późno, niż wcale:)). Dodałam nową zakładkę – do przeczytania. Będę tam umieszczać interesujące mnie pozycje. Oby nic już mi nie umknęło!

A Wy w jaki sposób rozwiązujecie ten problem? Lista książek wartych przeczytania stale rośnie, jak się w tym nie pogubić i jak trafiać na te perełki?:))

środa, 30 marca 2011

Co zdarzy się jutro?

Poznajmy Sam i trzy jej najlepsze przyjaciółki. Na pierwszy rzut oka stanowią zgraną, zabawną paczkę amerykańskich nastolatek. Należą do tych najpopularniejszych w szkole, co nie liczą się z innymi. Najważniejsze są one, ich szalone i szurnięte pomysły.

Bohaterkom powieści zależy wyłącznie na tym, by się dobrze bawić. Tematy królujące w ich rozmowach to imprezy, ciuchy, alkohol i seks. Jeśli przy tym wszystkim uda się komuś dokuczyć, zrobić parszywy żart, czy wyśmiać w obliczu całej szkoły, będzie jeszcze zabawniej.

Pewnego wieczoru bohaterki książki Lauren Oliver wybierają się na huczną imprezę do znajomego ze szkoły. Tak, tylko znajomego. Przecież należy się pokazać i zrobić szum wokół siebie. Impreza jest mocno zakrapiana. Nie brakuje na niej żałosnych zachowań. Gdy Sam z koleżankami postanawia wrócić do domu samochodem, zdarza się wypadek. Jak się domyślacie, nie kończy się dobrze. W końcu kierowcą jest nietrzeźwa nastolatka, a na dworze ciemno i mokro od deszczu....

Po takim wstępie sama nie sięgnęłabym po tę książkę. Co to za przyjemność czytać o zblazowanych, nadętych, pustych nastolatkach? Jest przecież tyle innych wspaniałych książek. Po kilkunastu stronach miałam ochotę rzucić powieść w kąt. Coś jednak mówiło mi, by poczekać. Wytrwałam, patrzyłam na wszystkie hece dziewczyn z przymrużenia oka.

Nie żałuję. W kolejnych rozdziałach odkrywamy inną stronę ich zachowań. Już tak bardzo mnie nie denerwują, nie drażnią. Czuję raczej smutek, przygnębienie. Choć i pojawiają się pozytywne momenty.

Po owej tragicznej kraksie główna bohaterka książki „7 razy dziś” czuje , iż spada w ciemną otchłań. Pojawia się pustka, po czym słyszy dźwięk budzika. Jest donośny i denerwujący – biip, biip. Tak się dzieje siedem razy... Przez kolejny tydzień będzie przeżywała ten dzień siedmiokrotnie, a my razem z nią. Za każdym razem inaczej. Do naszej głównej bohaterki i narratorki dociera „(...) jak łatwo wszystko się zmienia, jak łatwo wyruszyć tą samą drogą, co zawsze, ale dotrzeć w zupełnie inne miejsce. Jeden fałszywy krok, jeden postój, jeden skrót i nagle dorabiasz się nowych przyjaciół albo fatalnej reputacji (...). Co najdziwniejsze, wydaje mi się, jakby wszystkie te możliwości istniały jednocześnie, jakby każda chwila naszego życia składała się z ułożonych warstwami momentów, których każdy wygląda inaczej.”.

Ciekawym rozwiązaniem wydaje się być dwutorowa narracja. Z jednej strony mamy relację Sam powtarzających się siedmiu dni z jej życia. Z drugiej zwraca się ona jakby do nas, ale już z miejsca gdzie utknęła. Nie jest ani na ziemi, ani w niebie. Powoli zdaje sobie sprawę ze znaczenia wydarzeń w swoim życiu. Na wszystko patrzy z innej perspektywy, staje się bardziej uważna, krytyczna wobec samej siebie. Uchronność losu nie jest już jej obca.

Książka „7 razu dziś” jest napisana prostym, lecz przyjemnym językiem. Myślę, że trafiającym w sedno. Zarówno dorosły czytelnik, jak i ten trochę młodszy odnajdzie się w niej doskonale. Poza tym autorka nie oszczędza nam ciekawych porównań. Na przykład to spodobało mi się „uczucie zamknięcia w wirującej pralce”, które jest tłumaczone „(...) jakbym krążyła coraz bliżej i bliżej tych samych osób i tych samych wydarzeń, ale oglądała wszystko z coraz to innego punktu widzenia”. Wydaje się to meritum opowieści, które chce przesłać nam pisarka za pośrednictwem Sam.

Jedno jest pewne, przy perypetiach szalonych dziewczyn nie będziecie się nudzić. Początkowe rozdrażnienie głównymi bohaterkami mija. Co więcej od książki ciężko się oderwać.

Lauren Oliver, 7 razy dziś, Kraków, Wydawnictwo Otwarte 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

piątek, 25 marca 2011

To, że wiosna do nas zapukała. nie ulega wątpliwości. Wreszcie są widoczne zazieleniejące trawniki, pączki na drzewach, a i nasi latający przyjaciele dają o sobie znać. Od razu lżej na sercu, uśmiech lgnie na usta:)). Choć wraz z wiosną przyszło również przesilenie i pylenie. Tak, te wiosenne. Jak obserwuję, mnóstwo ludzi jest teraz chorych. Mnie to też nie ominęło. O nie. Trzeba wyleżeć swoje, łykać grzecznie lekarstwa i przygotować się ataki alergii. Ona też już daje o sobie znać.

Choć mój wpis miał być o czym innym. Mianowicie bardzo ucieszył mnie artykuł na gazecie. Przewóz roweru pociągiem kosztuje symboliczną złotówkę (w weekend), niezależnie od długości trasy. W tym roku ta promocja wchodzi o miesiąc wcześniej. Poprzedniego sezonu korzystaliśmy z takich usług. Świetna sprawa, podjechać parę, kilkadziesiąt kilometrów pociągiem, a potem już tylko oddawać się przyjemności na różnorodnych trasach rowerowych. Dzięki temu lepiej można zwiedzić swoją okolicę. Pomysł na cieplejszy weekend jak znalazł:))!

Jak tylko poczuję się lepiej, mój Mustang zostanie odświeżony po zimie. Już nie mogę się doczekać, kiedy znów będziemy razem spędzać czas. Czuję, iż rozumiemy się doskonale! :D

czwartek, 17 marca 2011

Po długiej podróży przyszedł wreszcie czas na zwiedzanie. Wyspani i wypoczęci postanowiliśmy odwiedzić kompleks pałacowy pochodzący z XVI wieku. Obecnie funkcjonuje jako muzeum, centrum społecznościowe Tatarów krymskich oraz aktywny meczet. Całość była kilkakrotnie przebudowywana. Obecny stan zachował się z końca XVIII wieku. Jedno jest pewne, pałac stanowił dla nich swego rodzaju raj, sad. Znajdziemy tu wspaniałe grody – obecnie dużo skromniejsze, niż w latach świetlności, bogactwo architektoniczne budynków oraz wysokie skały wokół całości. Jednak wszystkie budowle cechuje lekkość, brak przytłaczającego przepychu bardzo przypadł nam do gustu.

Kompleks możemy zwiedzać dość swobodnie. Jest jedno ale, koniecznie trzeba zakupić bilet (studencki 20 UAH) oraz podążać za przewodnikiem. Prowadzi on nas przez zakamarki pałacu. Zazwyczaj nie korzystamy z takich usług. Tu nie ma wyjścia. Na szczęście nasza przewodniczka nie jest uciążliwa i mamy możliwość na chwilę odosobnienia.

Te wspaniałe zdobienia są efektem wpływów perskich, tureckich i włoskich....

 

Dominującym i łatwo zauważalnym elementem wszystkich pomieszczeń są charakterystyczne dywany-zarówno na podłogach, siedziskach i ścianach...

 

Sala Dywanu stanowiła ośrodek władzy, to właśnie tutaj chanowie ustanawiali prawa i planowali wojny...

 

No i zieleń... równie zachwycająca, choć w upalnym klimacie do bujnych nie należy:)

Będąc w takich miejscach lubię się zastanawiać, jak kiedyś toczyło się życie... Tymi dróżkami, po tych pokojach przechadzali się ludzie... tak dawno temu...

 

Jedno jest pewne, warto przejechać tyle kilometrów, by odwiedzić dawną siedzibę tatarską. Duch tamtych czasów pozostał w murach...

sobota, 12 marca 2011

Kolejna powieść z motywem porzucania miasta dla prowincji. Kolejna powieść, gdzie to właśnie kobieta po czterdziestce postanawia, zmienić coś w swoim życiu. Jednak ta książka jest zupełnie inna. Bez wspaniałych Mazur służących za odskocznię od metropolii. Bez ciągłych, wspaniałych zbiegów okoliczności, czyhających na każdym kroku. Bez spotykania wyłącznie wspaniałomyślnych osób. Jednym słowem historia przedstawiona przez autorkę, jest bliższa naszemu życiu. Zdecydowanie odnajdziemy tu realność zdarzeń.

Ostatnim czasem jest to dla mnie istotne. Jestem już trochę zmęczona powieściami, gdzie głównym bohaterom wszystko się udaje od razu. Zawsze mają na wyciągnięcie ręki dobrych i pomocnych ludzi. I gdzie dziwnym trafem wszystko układa się po ich myśli. Z przewagą słowa zawsze.

Hankę, mieszkankę Warszawy, poznajemy bujającą się w fotelu z trunkiem w ręku. Z pozoru jej życie wygląda na poukładane. Ma męża, córkę i zapewniony byt, dzięki spadkowi. No właśnie, z pozoru. Jak się pewnie domyślacie, ich małżeństwo to już przeszłość. Co prawda żadne noże, talerze nie latają po domu. Jednak cała magia z początku gdzieś się ulotniła. Pozostał wzajemny szacunek. Nie brzmi to obiecująco.

Pewnego dnia jadąc do redakcji, Hanka przeczytała ogłoszenie w gazecie. Dotyczyło ono, pracy w bączkowskiej gazecie. Tak, to zbieg okoliczności. O Bączkach nasza bohaterka nie wie nic. Dosłownie. Coś jednak sprawia, że postanawia na nie odpowiedzieć. Dalej idzie już jak po maśle. Rodzina specjalnie się nie przejmuje. Jedynie, może trochę martwi o siebie. Bo kto będzie teraz gotował obiady?

Czy główna bohaterka odnajdzie swoje miejsce? Czy wszystko potoczy się po jej myśli? I jak to jest, nagle zmieniając wielkie miasto, na prowincjonalną mieścinę? Szczególnie, że owe Bączki to nic specjalnego. Ot, małe miasteczko gdzieś w Polsce. Na te wszystkie pytania znajdziemy odpowiedzi w trakcie lektury... Choć może nie na wszystkie...

Jedno jest pewne, przy tej książce nie będziemy się nudzić! Nie raz śmiałam się czytając, a z drugiej strony wzruszałam się co rusz. Takie w końcu jest nasze życie słodko-gorzkie. Nic nie jest przecież ani czarne, ani białe. Sprawny język autorki sprawił, że czytanie było przyjemnością oraz ciekawym odkryciem literackim. Bowiem nic wcześniej o tej Pani nie słyszałam. Teraz to nadrobię. Cieszę się, że kolejna polska pisarka przypadła mi do gustu. :))

poniedziałek, 07 marca 2011

... i właśnie stuknęła mi trzecia rocznica blogu(czy dobrze odmieniłam? ;) ). Nie wiem nawet sama kiedy. Jedno jest pewne, blog dał i daje mi mnóstwo inspiracji książkowych - tu przykładów bez liku, podróżniczych-nie wiem czy przyszłaby mi na myśl Ukraina, gdyby nie relacje Kota_w_butach i przede wszystkim poznałam kilka wspaniałych osób. Bo to ludzie tworzą to specyficzne miejsce w sieci. Czasem chce się pisać, a czasem ochoty brak. Dlatego ciężko przewidywać, jak długo to potrwa... Tymczasem zapraszam na tort! :)

Online Casino
statystyka