wyjazdowo

sobota, 05 stycznia 2013

Mamy styczeń, czyli teoretycznie srogą zimę. A tu jesienna aura i choć mieliśmy odpocząć na leniwo w domu, wybraliśmy się z przyjaciółmi w okolice Milicza. Znajdziemy tam park krajobrazowy Dolina Baryczy. Miejsce urokliwe,nie raz przeze mnie odwiedzane. Wspominałam o nim tu. O tej porze roku nie jest licznie odwiedzane. Mogliśmy cudnie odpocząć. Las bardziej jesienny, niż zimowy. Raz drogę przebiegły nam trzy sarny... Nic dodawać nie trzeba.

Od jakiegoś czasu słyszałam, o planowanej budowie ścieżki rowerowej trasą dawnej kolejki wąskotorowej. Okazało się, że trasa już istnieje i ma się bardzo dobrze. Już nie mogę się doczekać ciepłych dni, by ją wypróbować. :)) Co prawda ma tylko 20 km, ale w okolicy jest mnóstwo innych wytyczonych szlaków. Bez problemu można zapełnić cały dzień na jednośladzie. Dobrze, że coś się dzieje w regionie.

Ten znak zakazu wjazdu na tereny hodowlane stawów mnie rozbawił. Prawda, że sympatyczny? ;)

 

Tagi: Polska
20:01, gusiook , wyjazdowo
Link Komentarze (9) »
wtorek, 04 grudnia 2012

W niedzielny poranek szybka decyzja, jedziemy na Ślężę. Pisałam o niej trzy lata temu (naprawdę tyle czasu minęło?) tu

Tego się nie spodziewałam. Miękkiego, białego i takiego świeżego puchu! Zagwarantowało to natychmiastowy dopływ endorfin. Śnieg tak na mnie działa. Oczy otwierają się szerzej i kawa nie jest już niezbędna. Poczułam się jak w bajce... To tylko nieco ponad 30 kilometrów od domu.

Wybraliśmy tym razem dość ciekawą trasę (1,5h) spod zamku. Trochę okrążyliśmy górę, by potem wdrapać się na szczyt. Nie są to imponujące odległości i wysokości. Ale nie w tym rzecz. Otaczająca biel miała w sobie coś radosnego. Do tego przebijające słońce... W takich momentach często nachodzi mnie refleksja, iż naprawdę nie trzeba jechać daleko, by poczuć coś wspaniałego. Czasem wystarczy po prostu wyjść z domu. :))

poniedziałek, 04 czerwca 2012

Najwyższe wzniesienie Korfu to góra Pantokrator (906 m n.p.m.). Prowadzi na nią bardzo kręta i malownicza droga. Dotarliśmy tam kładem, nasza pierwsza przygoda z tym pojazdem. Wtedy nie miałam jeszcze prawa jazdy, to były emocje! :)) Po drodze mijaliśmy urocze wioski, które jakby żyły swoim światem. Zapomniane przez wszystkich… Spokój, cisza i oczywiście słońce. Widok ze szczytu góry niezapomniany. Wybrzeże albańskie było dobrze widoczne…

Warto się tam wybrać. Nie jest to miejsce mocno oblegane przez turystów. W spokoju można się rozkoszować cudnymi widokami. Aby tam dotrzeć najlepiej wypożyczyć samochód lub kład właśnie. Choć i piesza wędrówka musi być przyjemna. Mieszkaliśmy dość daleko, stąd pomysł na zmotoryzowane zwiedzanie.

Tagi: korfu
14:31, gusiook , wyjazdowo
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 27 lutego 2012

W taki słoneczny dzień, nic tylko iść na zakupy toskańskimi uliczkami. Wrześniowe jeszcze gorące promyki dodawały energii i zachęcały do spacerów. Wystawy sklepików przyciągają niczym magnes i sprawiają, że ma się ochotę przystanąć.

Dla wielbicieli złota i wszelakiej biżuterii idealnie nadaje się słynny Most Złotników na rzece Arno we Florencji. Początkowo należał do rzeźników, garbarzy, by ostatecznie trafić w ręce jubilerów i złotników. Muszę przyznać, że zrobił na nas spore wrażenie. W pamięci pozostał jako most z domami. Przyjemnie było siedzieć na murku nieopodal, jeść bagietkę z pesto i obserwować toczące się na nim życie.

Najmilej wspominam kramiki, sklepy w San Gimignano – zwanym średniowiecznym Manhattanem. O samej mieścinie kiedy indziej. Wszak dziś jesteśmy na zakupach!

Kolorowe, proste, o wielu kształtach, długie, krótkie – mowa o makaronach. No tak przecież to Włochy, królestwo pasty. Na każdym kroku można zjeść danie, którego są podstawą. Na wiele sposobów, bez problemu znajdziemy coś dla siebie. Zapachy kuszą z różnych zakątków…

Inne wystawy, to tak zwane pamiątki, wszelakie pierdółki. Uwielbiam je oglądać. Z kupowaniem to już różnie. Tym razem podróżowaliśmy tylko z bagażem podręcznym. Na podziwianiu musiało się skończyć.

Nie mogło za braknąć Pinokia. Autor - Carlo Collodi pochodzi z Toskanii.

Piękna ceramika…

Z takich filiżanek chętnie napiłabym się herbaty…

Toskańskie pejzaże…

Szale, chusty, apaszki… Mam fioła na ich punkcie. Właściwie z każdego wyjazdu coś przywożę. Później długo przypominają mi o dobrych chwilach…

A na ochłodę, oczywiście lody! Wspaniałe, wyraziste, włoskie smaki. :) Najlepsze było to, iż sprzedawane porcje są bardzo duże. Właściwie prosząc o jedną gałkę, otrzymujemy jedną porcję lodów. Do nakładania bowiem służą specjalne łopatki :).

A co Wy najchętniej przywozicie z podróży?? :)

Tagi: Włochy
12:38, gusiook , wyjazdowo
Link Komentarze (8) »
środa, 02 listopada 2011

Co ma zachęta do wiatraka? Parafrazując znane powiedzonko, przypomniały mi się wakacyjne wiatraki. Bardzo lubię te konstrukcje. Często drewniane, naznaczone znakiem czasu są świetnym przerywnikiem podróży. Czasem potrzeba zachęty, jakiegoś bodźca w wędrowaniu... Z różnych powodów. Zmęczenie. Kolejna góra do pokonania na rowerze. Upał. Nieustające deszcze.

Dla mnie świetnie do tego nadają się właśnie wiatraki! Szybko zapominam o trudach w podróżowaniu... Przyjemnie koło nich siąść i przez moment odpocząć. Uwielbiam wówczas sobie wyobrażać, jak toczyło się wtedy życie. Domyślam się, że mogły stanowić strategiczne miejsce dla lokalnej ludności.Przynosiły z pewnością wiele korzyści...

Dziś przedstawię te spotkane podczas ostatnich wakacji.

Bornholm, białe wiatraki typu rotunda. 

Bornholm, dobrze zachowany z 1643 roku wiatrak obrotowy przypominający nasze polskie koźlaki.

Niemcy, wiatrak holenderski w Banin na wyspie Uznam

Dodatkowy atut to wspaniałe krzaki z jeżynami! Uwielbiam :)

W pobliżu na domach jako dekoracje.

Polska, jezioro Powidzkie, okolice Ostrowa.

Co dla Was jest inspiracją, zachętą podczas wyjazdów? :))

czwartek, 13 października 2011

Kot_w_butach84 przypomniał mi swoim wpisem o Krymie, a dokładniej o Nowym Świecie. Zaniechałam w pewnym momencie spisywanie wrażeń, a potem to już poszło... Ah, ten mój słomiany zapał ;). Czasem chciałabym zrobić tyle rzeczy, a wychodzi niewiele...

Wracając do gorącej krainy, Nowy Świat leży blisko Sudaku. Bez problemu dostaniemy się tam marszrutką . Kursują one często, niewielka odległość miedzy miejscowościami sprawia, że podróż trwa krótko. Trzeba tylko pamiętać, że drogi są kręte. Uwaga do tych z wrażliwymi żołądkami, mój dobity upałem nie wytrzymał. Z drugiej strony roztaczające się widoki za morze, rekompensują wszelkie niedogodności.

Rezerwat przyrodniczy w Nowym Świecie usytuowany jest na wystającym w morze cyplu. Wejście do niego jest płatne, ale według nas szczerze warto zapłacić. Dla turystów została wyznaczona specjalna trasa - szlak Golicyna. Zobaczcie sami... Słowa są tu zbędne.

Wędrujemy wzdłuż morza, po skalnych ścieżkach...

Widok z daleka... I jak tu nie chcieć wędrować ?!

Grota,w której przechowywano wina i szampan. Ponoć ten region słynie z pysznych trunków :)

Warto zarezerwować sobie trochę więcej czasu na to miejsce. Piknik w takiej scenerii aż się prosi! My tego nie przewidzieliśmy i prócz obowiązkowych na Krymie winogron i wody nie mieliśmy więcej smakołyków. Zrobiliśmy sobie jedynie postój na morską kąpiel dla ochłody. Myślę, że jeśli jeszcze kiedyś będziemy w tych okolicach nadrobimy zaległości.

Czas na kąpiel! :))

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Bornholm to niewielka duńska wyspa położona na morzu bałtyckim. Taka niepozorna, a tak różnorodna... To przede wszystkim lasy, morze, skały, pola, wędzone ryby, urocze kolorowe domy i kościoły rotundy. Na pierwszym miejscu są dla mnie ścieżki rowerowe, pierwszy raz widziałam tak ich gęstą, dobrze przygotowaną i świetnie oznaczoną sieć! W przewodnikach nie koloryzują, pisząc, iż to raj dla rowerzystów.

Bez problemu dostaniemy się na nią promem, co ma swoje zalety. Po pierwsze stosunkowo niewielki koszt podróży, a po drugie dodatkowa atrakcja. My korzystaliśmy z kołobrzeskiej przeprawy promowej. Świetna obsługa, to niewątpliwie zaleta, mimo skromnego katamaranu. W drodze na wyspę rejs przebiegał bezproblemowo, jeśli chodzi o chorobę morską. O powrocie już tego nie można powiedzieć. Wiało 5-6 w skali Buforta (sporo, mały sztorm) i ¾ pasażerów odczuwała skutki silnego bujania, błędniki nie wytrzymywały. Nasza ekipa trzymała się na szczęście dzielnie. Całe 4,5 godziny spędziliśmy na dworze, na rufie promu. Pozwoliło to nam utrzymać żołądki w ryzach, hehe ;).

Moje pierwsze skojarzenia z tą wyspą po powrocie to przede wszystkim górki, podjazdy i czasem szybka jazda w dół, która ponownie szybko zamieniała się w powolne pedałowanie. Nie byłam na to przygotowana, na co dzień preferuję raczej płaskie tereny. A tu taka niespodzianka! Jednak szybko nauczyłam się odpowiednio ustawiać przerzutki w rowerze i stromizny nie były aż taką udręką. Poza tym nagrodą były... wiśnie! Tak, tak na wyspie ich nie brakuje, drzewka uginają się od owoców :D! Gdy sił brakowało, stawały się wspaniałym napędem – soczyste, słodkie, od razu więcej sił. O innych zachętach w kolejnym poście.

Dodatkowym obciążeniem były sakwy. To pierwszy raz, kiedy z nich korzystałam. Odczuwalne były w sumie tylko na górkach, czyli dość często, hehe. Bez problemu można się spakować, mały namiot i śpiwór również się zmieści. To daje niesamowite poczucie niezależności od miejsca noclegu. Cały czas się przemieszczaliśmy, tam gdzie mieliśmy ochotę...

Gęsta sieć tras rowerowych pozwalała na sporo manewrów, łącznie mamy ich 235 km. Ilość kilometrów nie wydaje się imponująca, lecz jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że duża część wyspy to pagórki, odczuwalne odległości są znacznie większe. Jedną trzecią z nich zbudowano na zlikwidowanych trasach kolejowych – wyasfaltowane i wolne od samochodów, czego chcieć więcej? Reszta biegnie wzdłuż dróg ( jednak ruch samochodowy jest na tyle mały, że właściwie nieodczuwalny) lub lasami. Większość jest pokryta asfaltem, wygoda ogromna – zwłaszcza gdy rower mamy obciążony bagażem.

Odnalezienie ścieżek nie stanowi problemu – ciemnozielone tablice w kierunkami i odległościami są wszędzie. Do tego w większości miasteczek, gdzie znajdują się centra informacji turystycznej, możemy bezpłatnie pobrać mapy i przewodniki (również w języku polskim). Nie sposób się zgubić!

piątek, 03 czerwca 2011

Jak zwykle w taki upalny dzień jak dziś, przypomina mi się Krym. Szczególnie górskie wędrówki w pełnym słońcu... Wypijane hektolitry wody, stale w użyciu krem z wysokim filtrem i nieodłączny kapelusik na głowę to stałe punkty każdego dnia...

Mangup-kale to średniowieczne miasto w pobliżu Bakczysaraju leżące na wysokości 584 m n.p.m.. Było największym tego typu miejscem na Krymie. Zbudowano je na płaskowyżu, który był z trzech stron ograniczony urwiskami, a z czwartej strony głębokimi wąwozami. Niektórzy mówią, że ma kształt czteropalczastej dłoni.

Naszą wycieczkę rozpoczynamy w Mangup. Dookoła góry i... zieleń. Taka prawdziwa, soczysta. Zastanawiamy się skąd rośliny czerpią wodę? Przecież tu od dwóch miesięcy nie ma deszczu! Ziemia jest sucha, spękana.

Nie wiadomo skąd pojawiają się dwie osoby i okazuje się, że trzeba kupić bilet. Droga początkowo łagodna, zaczyna dość stromo piąć się w górę. Całe szczęście, że idziemy wśród drzew. Upał choć trochę staje się mniej uciążliwy.

Gdy zaczynamy zbliżać się do szczytu, pojawia się cmentarz karaimski z XV - XVIII wieku. Wielu nagrobków nie ma, większość jest w kiepskim stanie. Te co pozostały wprawiają w chwilę zadumy...

Jesteśmy na górze. Przed nami wspaniały płaskowyż. Co prawda pierwsze odczucia były z nutką zawodu, gdzie to skalne miasto? Gdzie niegdzie leżały sterty skał do tego tabliczka, to już? No nic, idziemy dalej. Cieszymy się widokami i wiatrem, który choć ciepły chłodzi.

To co najlepsze, czeka na nas przy końcu. Okazuje się, że skalne mieszkania są tak skonstruowane, że leżą w skale. Jedno, dwu, czy nawet trzypoziomowe kondygnacje idą w dół ziemi.

Mijamy ruiny fortyfikacji... tu spotkaliśmy starszego pana, który sprawdzał zakupione bilety! Dodam, że turystów było naprawdę niewielu. Właściwie cały czas byliśmy sami.

Czas na drogę powrotną, chcemy zejść inną trasą. Odnajdujemy szlak i ruszamy. Po około pół godziny mamy dziwne wrażenie, że schodzimy w przeciwną stronę. Na razie jesteśmy spokojni. Gdy pojawiają się pierwsze rozwidlenia, na których już nie ma żadnych oznaczeń, robi się ciekawie. Bo którą drogę mamy wybrać? Nasza mapa jest średnio dokładna, o taką tu trudno. Idziemy trochę na czuja, robimy się głodni i trochę nerwowi. Ale trzeba iść, więc zbieramy siły w nogach i dbamy o dobry nastrój. Panika nic nie pomorze. Gdy pojawił się mały konik i na horyzoncie pierwsze zabudowania odetchnęliśmy z ulgą. Zawsze to nie środek lasu, bez żywej duszy. Koniec końców dotarliśmy do punktu wyjścia, schodziliśmy dwa razy dłużej, niż wchodziliśmy. Mimo odrobiny strachu warto było, cudowne krajobrazy. Jezioro na ochłodę było jak znalazł! No i porządna kolacja się należała!

Z powrotem do Bakczysaraju wiąże się pewna historia. W związku z tym, że powrót na dół się przedłużył, nie zdążyliśmy na autobus. Do kwatery 30 km, a tu robi się wieczór, co prawda nie było jeszcze ciemno. Zaczęliśmy iść szosą i łapać stopa. Problem polegał na tym, iż mało samochodów tamtędy jeździło. W końcu zatrzymał się pewien Gruzin. Jego szalona jazda to mało powiedziane. Przy 100km/h na liczniku schylał się, puszczając kierownicę, po zapalniczkę. Trąbił na innych, ale to on zajeżdżał im drogę! Był przy tym bardzo sympatyczny, zagadywał nas. Ja tylko czekałam, aż będziemy u celu.

czwartek, 17 marca 2011

Po długiej podróży przyszedł wreszcie czas na zwiedzanie. Wyspani i wypoczęci postanowiliśmy odwiedzić kompleks pałacowy pochodzący z XVI wieku. Obecnie funkcjonuje jako muzeum, centrum społecznościowe Tatarów krymskich oraz aktywny meczet. Całość była kilkakrotnie przebudowywana. Obecny stan zachował się z końca XVIII wieku. Jedno jest pewne, pałac stanowił dla nich swego rodzaju raj, sad. Znajdziemy tu wspaniałe grody – obecnie dużo skromniejsze, niż w latach świetlności, bogactwo architektoniczne budynków oraz wysokie skały wokół całości. Jednak wszystkie budowle cechuje lekkość, brak przytłaczającego przepychu bardzo przypadł nam do gustu.

Kompleks możemy zwiedzać dość swobodnie. Jest jedno ale, koniecznie trzeba zakupić bilet (studencki 20 UAH) oraz podążać za przewodnikiem. Prowadzi on nas przez zakamarki pałacu. Zazwyczaj nie korzystamy z takich usług. Tu nie ma wyjścia. Na szczęście nasza przewodniczka nie jest uciążliwa i mamy możliwość na chwilę odosobnienia.

Te wspaniałe zdobienia są efektem wpływów perskich, tureckich i włoskich....

 

Dominującym i łatwo zauważalnym elementem wszystkich pomieszczeń są charakterystyczne dywany-zarówno na podłogach, siedziskach i ścianach...

 

Sala Dywanu stanowiła ośrodek władzy, to właśnie tutaj chanowie ustanawiali prawa i planowali wojny...

 

No i zieleń... równie zachwycająca, choć w upalnym klimacie do bujnych nie należy:)

Będąc w takich miejscach lubię się zastanawiać, jak kiedyś toczyło się życie... Tymi dróżkami, po tych pokojach przechadzali się ludzie... tak dawno temu...

 

Jedno jest pewne, warto przejechać tyle kilometrów, by odwiedzić dawną siedzibę tatarską. Duch tamtych czasów pozostał w murach...

wtorek, 01 marca 2011

Do Bakczysaraju z Symferopolu można dostać się wszystkimi środkami komunikacji dostępnymi na Krymie. Najtańsze będą chyba elektriczki, koszt około pięciu hrywien za osobę. Podróż trwa 50 minut.

Jesteśmy już mocno zmęczeni w końcu za nami 25 godzin w pociągu. Jednak emocje związane z poznaniem nowego miejsca robią swoje. W Symferopolu zaopatrujemy się w owoce – ileż pyszności na lokalnym targu! oraz w nowe zapasy wody. Żar się z nieba leje, bez niej ani rusz! Butelka zimnego napoju będzie nam już zawsze towarzyszyć w naszej krymskiej przygodzie. Nadaje się do tego tylko woda, ona jedyna jest w stanie ugasić pragnienie w tej gorącej krainie.

To nasz pierwszy wyjazd, na którym nie mieliśmy zarezerwowanego żadnego noclegu. To posunięcie okazało się jak najbardziej trafne. Tak jak naczytaliśmy się na forach internetowych, to kwatera nas szuka. Ledwo zdążyliśmy wysiąść z elektriczki, nawet plecaków dobrze nie założyliśmy, a już miła starsza Pani proponuje nam komnatę (miejscowi często w ten sposób nazywają oferowane wolne pokoje). Widać od razu, iż ma pewne doświadczenie w tym fachu. Wymienia wszystkie najważniejsze elementy, to znaczy obecność ciepłej wody (niekoniecznie standard na Krymie), czystych i zamykanych pokojów, dostępu do kuchni oraz bliskości do najważniejszych punktów turystycznych miasteczka. Przychodzi do ustalenia ceny, chwilę się targujemy i za 40 UAH/osobę mamy upragniony pokój. Lekko zaaferowani idziemy z naszą gospodynią do jej domu. Po drodze rozmawiamy, już co raz lepiej językowo nam idzie! Na miejscu okazuje się, że trafiliśmy bardzo dobrze. Będziemy mieszkać w małym, murowanym budynku za domem. Jest naprawdę w dobrym stanie. Przede wszystkim czysto i przyjemnie. Prysznic to drewniany domek z wodą ze studni, ale uwaga podgrzewaną. W jaki sposób? Na dachu stoi wielki czarny pojemnik, gdzie gromadzona jest woda, który dzięki panującym tu wysokim temperaturom szybko się nagrzewa i mamy gorący prysznic. Jak dla mnie świetnie pod kątem ekologicznym. Poza tym zbawienne po tylu godzinach w drodze!

widok z naszego pokoju, cień jest cudny!

Spędzimy tu kilka nocy. Wieczorami często towarzyszy nam nasza gospodyni. To bardzo ciepła, serdeczna osoba. Okazuje się, że od wielu lat wynajmuje pokoje dla turystów. Prócz nas jest jeszcze para z Francji oraz czwórka przyjaciół z Polski. W kilku językach są przygotowane mapki i krótkie opisy lokalnych atrakcji. Bardzo miły gest. Bakczysaraj to świetna baza wypadowa w kilka wartych odwiedzenia miejsc na Krymie.

My zobaczyliśmy (wszystko opiszę w kolejnych notkach):

1. Kompleks pałacowy chanów krymskich

2. Skalne miasto Czufut-Kale oraz klasztor Monastyr Uspieński

 

3. Skalne miasto Mangup

 

A teraz zapraszam Was na kawałek arbuza lub melona, co kto woli!:) Są to świetne owoce gaszące pragnienie w tamtejszym klimacie. Przede wszystkim wszędzie dostępne i tanie!

 

Wcinamy puszności przed naszą kwaterą:)

Takie targi to obrazek powszedni na Krymie.

 
1 , 2 , 3 , 4
Online Casino
statystyka